Aktualności - ogłoszenia
   Sanktuarium
   Msze święte i nabożeństwa
   Duszpasterstwo:
      Domowy Kościół
      Duchowa Adopcja
      Neokatechumenat
      Wspólnota Żywych Kamieni
      Koinonia Jan Chrzciciel
      Rodzina Różańcowa
      Komisja Charytatywna
      Schronisko Św. Br. Alberta
      Duszpasterstwo Powołań
      Rocznica Komunii Świętej
      Bierzmowanie
      Duszpasterstwo chorych
      Grupa pokutna
      Bractwo św. Antoniego
      Pielgrzymka Grupa 2
   Nasi Patronowie
   Modlitewnik
   Rada Parafialna
   Dzielnica Czterech Wyznań
   Koncerty u Paulinów
   Chór Vita Nova
   Zwiedzanie
   Jubileusz
   Galeria foto
   Linki


Nadchodzące wydarzenia:
Miesiąc i rok: 12 / 2018
 << miesiąc  >>      << rok  >>


Pon Wto Śro Czw Pią Sob Nie
          1 2
3 4 5 6 7 8 9
10 11 12 13 14 15 16
17 18 19 20 21 22 23
24 25 26 27 28 29 30
31




Skrzynka intencji
Prześlij nam swoją intencję, w której chcesz abyśmy się modlili:
Imię*
E-mail*
Treść intencji*


 Jubileusz

Cud świętego Antoniego: co się stało w Psim Zaułku
 

Przypomina kościoły przy rzymskich ulicach. Przetrwała kilka wojen, wybuch Wieży Prochowej i najazdy szabrowników. Jakim cudem można tu jeszcze znaleźć skarby? Cudem świętego Antoniego, patrona rzeczy zagubionych i opiekuna świątyni pod jego wezwaniem. Ostatnio wyciągnął ze strychu nieznany obraz Michaela Willmanna. Teraz będzie musiał jeszcze znaleźć na te skarby pieniądze.

Obraz śląskiego Rembrandta
odnaleziony na poddaszu

 

I to szybko, bo już w maju ojcowie paulini, którzy opiekują się świątynią, urządzają jubileusz 300-lecia jej konsekracji. Jubilatka powinna być piękna, jest częścią promowanej przez miasto Dzielnicy Wzajemnego Szacunku, stoi przy nabierającej urody ulicy św. Antoniego, ale na razie ma liszaje na fasadzie, wnętrze ozdobione pęcherzami łuszczącej się farby i zrujnowany, rozgrabiany przez złomiarzy dawny klasztor za sąsiada. A także wspaniałe dzieła sztuki odnajdywane w niezwykłych okolicznościach i z jeszcze bardziej niezwykłą historią.

 

Zaczęła się prawie pięćset lat temu, w czasach, gdy ulica św. Antoniego nazywała się Psi Zaułek (Hundegasse), a Wrocław ogarnęła reformacyjna gorączka. To nie był jednak dobry początek.

 

Jak rajcy zakonników wypędzili

 

Klasztor bernardynów, czyli franciszkanów obserwantów na Nowym Mieście (dziś Muzeum Architektury), środa 20 czerwca 1522 roku, godzina 18.

 

Przez furtę wychodzi procesja siedemdziesięciu zakonników z Najświętszym Sakramentem, niesionym przez gwardiana Severina von Sestenberga. Kierują się ku Bramie Mikołajskiej (dziś rejon placu Jana Pawła II), którą prawie 80 lat wcześniej przybyli do miasta. Wrocławianie obojętnie przyglądają się procesji. Tylko ukrzyżowany Chrystus, którego figura jest w klasztorze, odwraca głowę w drugą stronę, aby patrzeć za odchodzącymi.

 

Tak przynajmniej będą później opowiadać zakonnicy. Z poczuciem krzywdy za wypędzenie. A krzywda była duża, bo klasztor i przylegająca doń świątynia (nowiutkie, budowane przez prawie czterdzieści lat) budziły podziw okazałością i bogatym wyposażeniem. Niestety, drażniły także - sprzyjających reformacji - wrocławskich rajców.

 

Leniwi, zepsuci, bezproduktywni dla miasta - taką opinię luterańscy mieszczanie mieli o mnichach. I wciąż nie mogli przeboleć, że płacili za budowę tego klasztoru, skoro miastu bardziej przydałby się szpital lub spichlerz. Oliwy do ognia dolał spór o prymat z franciszkanami od św. Jakuba, osiadłymi przy dzisiejszym placu Nankera od XIII wieku. Rajcy uznali, że wreszcie nadszedł czas rewanżu. I złożyli bernardynom propozycję nie do odrzucenia: przeniosą się do klasztoru rywali. Propozycja była obraźliwa, zakonnicy woleli wynieść się z miasta, licząc na interwencję króla czeskiego Ludwika Jagiellończyka. Przeliczyli się, monarcha nie był w stanie powstrzymać reformacji. Pozostała walka w sądzie. Po ponad 150 latach zakończona franciszkańskim zwycięstwem.

 

Za wstawiennictwem cesarza zmusili niewdzięczne i niegościnne miasto do wypłacenia odszkodowania: 10 tysięcy talarów. Dostali w 1679 roku działkę przy Psim Zaułku i natychmiast zaczęli budować. Najpierw klasztor, potem kościół. Nie wiedzieli, że dopadnie ich polityka. Oraz piorun z ciemnego nieba.

 

Surowy znak dziejowej sprawiedliwości

 

Gdyby wiedzieli, może zrezygnowaliby z inwestycji, która kosztowała ich wiele trudu. Choć była dobra.

 

Po pierwsze: znaleźli dobrego kierownika budowy, Mattheusa Bienera, który kierował także pracami budowlanymi w kościele pod wezwaniem Najświętszego Imienia Jezus przy pl. Uniwersyteckim.

 

Po drugie: wybrali dobry projekt. Najprawdopodobniej włoskiego architekta. Takiej świątyni o układzie emporowo-halowym Śląsk jeszcze nie miał.

 

Po trzecie: postanowili, że będą dobrze widoczni w protestanckim Wrocławiu. Kościół franciszkański mieszczanie mają podziwiać i pamiętać, że to rekompensata za krzywdę, którą zakonnikom wyrządzili ich ojcowie. Na wszelki wypadek, gdyby chcieli powtórzyć ich błędy.

 

Wyszło wspaniale, w dodatku bez drażliwej ostentacji. Sam klasztor, złożony z czterech skrzydeł i połączony z kościołem od wschodu długim przejściem, był bardzo skromny, wręcz ascetyczny. Żadnych fresków czy bogatych sztukaterii. Niemal zupełny brak reprezentacyjnych sal, jeśli nie liczyć dużego refektarza na parterze skrzydła południowego. Surowe elewacje ozdobiono od strony dziedzińca półkolistymi arkadami i zbudowano na jego środku piaskowcową studnię z herbem zakonu św. Franciszka.

 

Reguła franciszkanów na zbytek nie pozwalała, pieniędzy zasądzonych od miasta zbyt dużo nie było, a poza tym klasztoru od ulicy nie było widać. Co innego kościół. Jego monumentalnego szczytu nie sposób było nie zauważyć, a kto wszedł do środka, musiał zachwycić się pięknymi ołtarzami. Zakonnicy zamówili je w lubiąskim warsztacie Michaela Willmanna. Przedstawiały św. Antoniego Padewskiego i Ducha Świętego do ołtarza głównego oraz św. Judę Tadeusza i Wilhelma Akwitańskiego do ołtarzy bocznych. I to też był dobry wybór.

 

Zatrudnimy "Słońce Śląska"

 

Michael Willmann cieszył się już sławą wielkiego mistrza. Pochodził z Królewca, ale przełomem w jego karierze było spotkanie w 1656 r. Arnolda Freibergera, opata lubiąskiego klasztoru Cystersów. Willmann postanowił na stałe związać się z zakonnikami. Otworzył w Lubiążu warsztat i malował przez ponad czterdzieści lat. Ogromne płótna ze scenami wydarzeń biblijnych i męczeńskich śmierci świętych podobały się mecenasom sztuki i zwykłym ludziom. "Słońce nad Śląskiem", powiadano o mistrzu Michaelu. Ten kolor, światłocień, brutalny realizm... warto było mieć taki obraz w kościele.

 

Gdy franciszkanie składali u Willmanna zamówienie, malarz miał już ok. 60 lat i wielu współpracowników. Warsztat działał jak duże przedsiębiorstwo, obrazy malowali współpracownicy Willmanna, m.in. jego pasierb Johann Christoph Liska. To on prawdopodobnie jest autorem obrazu św. Antoniego Padewskiego w ołtarzu głównym. Ale jedno płótno mistrz namalował osobiście. Bo też i okoliczności jego zamówienia, i bohater obrazu byli niezwykli.

 

Był 1690 roku, franciszkanie kończyli właśnie budowę kościoła, gdy z Rzymu nadeszła wiadomość: papież Aleksander VIII kanonizował Jana Kapistrana! Franciszkanie musieli mieć go w swoim kościele.

 

Po pierwsze, był ich współbratem. Po drugie, to on zaproponował budowę owego wrocławskiego klasztoru, z którego zostali wypędzeni. Po trzecie, odcisnął płomienny ślad w historii Wrocławia. "Niskiego wzrostu, umartwionej postaci, suchego ciała. Przez skórę wyraźnie przebijały kości. Łysy, na głowie miał tylko trochę białych włosów; za to nosił długą brodę... osobliwie długie miał ręce; sięgały po kolana". Gdy mówił, bezustannie nimi gestykulował. A mówił wspaniale, o czym wrocławianie przekonali się w wielki post 1453 roku.
Jan Kapistran głosił do nich płomienne kazania z wykusza kamienicy na placu Solnym (tam, gdzie dziś jest cukiernia La Scala). Nawoływał do walki z husytami i Turkami, a potem trwożył serca wrocławian mówiąc o śmierci i sądzie ostatecznym. Trzymając w ręku ludzką czaszkę, wołał: "Patrzcie, gdzie są włosy, które tak trefiliście, gdzie nos, którym wdychaliście przyjemne zapachy, gdzie język, którym kłamaliście. Wszystko zjadły robaki" . Efekt kazania też był płomienny - wrocławianie rozpalili na Solnym ogromne ognisko, do którego wrzucali przedmioty zbytku, kości do gry i karty, kosmetyki i lustra. Całe duchowieństwo miejskie wstąpiło do bractwa różańcowego!

 

Willmann owe stosy na obrazie uwiecznił, ascetyczny wygląd zakonnika też. Franciszkanie wstawili obraz do bocznego ołtarza, a wrocławianom pozostało już tylko czcić świętego.

 

Awans a niebiański lobbing

 

Ołtarz był chętnie odwiedzany, kościół też. Budowę skończono już w 1692 roku, ale uroczysta konsekracja miała miejsce dopiero osiemnaście lat później, 19 maja. Patronem został św. Antoni Padewski, słynny franciszkański kaznodzieja. Już za życia otaczała go legenda. Opowiadano o kazaniu, które wygłosił w Rimini do ryb, o mule, który, zachęcony przez Antoniego, klęknął przed Najświętszym Sakramentem, a także o psałterzu, który został skradziony, ale św. Antoni sprawił, że wrócił do właściciela. Walczył z wyzyskiem, lichwą i więzieniem za długi. I to on przyciągnął w pobliże swojego kościoła bogatych ludzi. Świątynia niewątpliwie podniosła rangę całej okolicy. Zniknął Psi Zaułek, zamieszkiwany od średniowiecza przez tkaczy, a pojawiła się ulica św. Antoniego, dobra lokalizacja nawet dla ówczesnego establishmentu. Wybudował tu swoją kamienicę hrabia Gerhard Wilhelm von Strattmann, starosta ziemski Księstwa Wrocławskiego (nr 10, w XIX wieku została przebudowana na siedzibę loży wolnomularskiej, zniszczona w 1945), okazały dom postawił hr. Otton Wenzel von Nostitz und Reineck (nr 19/20, też już nie istnieje).

 

Franciszkanie mogli się tylko cieszyć, bo ich konwent też się rozwijał, w klasztorze przybywało zakonników. Niestety, problemy stały już za drzwiami.

 

Najpierw katastrofa budowlana. Nieszczęście ściągnęła wieża prochowa, która stała tuż przy murze fortyfikacyjnym, na sąsiedniej Wallstrasse (dziś Włodkowica). Pewnej czerwcowej nocy 1749 roku niebo rozdarły błyskawice i w wieżę uderzył piorun. Eksplodowało ponad 200 beczek z prochem strzelniczym. Zniszczenia były straszne. Zginęło około stu osób, a prawie 400 zostało rannych. Zmiotło z powierzchni ziemi 43 domy, a ponad 50 miało tak poważne uszkodzenia, że trzeba je było rozebrać. Budynki franciszkanów zostały bez dachów, trzeba było wysupłać pieniądze na odbudowę.

 

A jak już dachy zostały naprawione, popsuły się stosunki z pruskimi władzami miasta. Szykanowani zakonnicy w 1792 roku znów musieli się wynieść, na Nowe Miasto do skromnego domu elżbietanek, a ich miejsce zajęły siostry, popierane przez rządzących. Dbały o swój nowy klasztor, dobudowały od południa nowe skrzydło, a w 1819 roku kupiły posesję po południowej stronie dzisiejszej ulicy Włodkowica, gdzie na miejscu rozebranych fortyfikacji założyły ogród.

 

Sielanka skończyła się w 1945 roku oblężeniem Festung Breslau. Ale, o dziwo, kościół przetrwał nienaruszony. Nawet barokowe ławki zostały. To dlatego ks. Kazimierz Lagosz odprawił tu tydzień po kapitulacji pierwsze polskie nabożeństwo dziękczynne.

 

Przyjdą dobre czasy

 

Niestety, dla kościoła i klasztoru nadeszły ciężkie czasy. Salezjanie, którzy objęli cały kompleks, musieli odejść w 1953 roku, bo w klasztorze urządzono najpierw akademik uniwersytetu, a potem mieszkania komunalne. Kto tu był, nie zapomni tego widoku. Powybijane okna, łuszcząca się farba na ścianach, odpadające kafelki, klasztorna studnia tonąca w śmieciach. Rok temu zawalił się strop na strychu, mieszkańców wreszcie wyprowadzono, a dawny klasztor miasto chce sprzedać na hotel.

 

Kościół też wymaga ratunku. W 1998 roku kardynał Henryk Gulbinowicz sprowadził na św. Antoniego ojców paulinów. Po kasacie w 1810 roku klasztoru paulinów w Leśniku koło Głogówka jest to pierwsza placówka paulińska na terenie archidiecezji wrocławskiej. Paulini podpisali umowę na 50 lat. Próbują doprowadzić świątynię do dawnej świetności.

 

Wyremontowali dach, zrobili ogrzewanie, wymienili instalację elektryczną. A przy okazji wciąż znajdują skarby. Kilka lat temu w czasie prac przy ołtarzu bocznym odkryli barokowy obraz św. Franciszka z Paoli. Ostatnio wyciągnęli ze strychu ów słynny obraz Michaela Willmanna przedstawiający św. Jana Kapistrana i barokową rzeźbę patrona kościoła.

 

Właściwie powinniśmy prosić św. Antoniego, żeby nie odnajdywał więcej zaginionych skarbów, bo ich renowacja jest bardzo kosztowna - mówi przeor, o. Mariusz Tabulski. Ale jednocześnie organizuje nie tylko majowe obchody 300-lecia konsekracji kościoła, ale i czerwcowe święto ulicy św. Antoniego. Będzie jarmark, koncerty, marsz rodzin. Może Antoni znajdzie pieniądze na remont swojej świątyni.

 

Beata Maciejewska
z: Gazeta Wyborcza, 7 stycznia 2010

 

 « Powrót

wydrukuj »       wyślij znajomemu »       ilość wyświetleń: 3700

WIDEO

KOMENTARZ WIDEO



 

 

Żywa Korona Maryi


 

 

Seria PO PROSTU

 



 


 

 

 

   

  


16378186 dwiedzin od 2007-11-14                        wykonanie 1999-2018 MATinternet Zakopane       Powered by AntCms                   © Paulini Wrocław 2018