Wiesław PIECHOCKI
Feldkirch, AUSTRIA,
październik 2002
Tréguier
Aha, już wiem: przyjechałem tu w niedzielny, jesienny poranek, aby zobaczyć wspaniałą katedrę. Zobaczyć ją na zewnątrz to żaden problem. Obchodzę ją dookoła nie dostrzegając nigdzie otwartych drzwi, drzwiczek, bram ani furtek. Wszystko zamknięte. Obchodzenie tego wielkiego kościoła katolickiego jest jednak niebezpieczne: po pierwsze siecze niemiłosiernie deszcz, wyrywając mi błękitny parasol z ręki, nie pozwalając długo zadzierać głowy do góry, aby kontemplować architektoniczne detale – co uwielbiam w przypadku bogatego w formy gotyku. Po drugie narażam swe turystyczne życie na ryzyko: kiedy wiał zimowy wiatr (26.12.1999), zwalił cały 10-metrowy czub wieży owej grudniowej nocy; na szczęście nikomu się nic nie stało. Po trzecie narażam się na dziwne spojrzenia tubylców – każdy z nich kupił bagietkę (jedna piekarnia otwarta na placu kościelnym) albo gazetę (kiosk jeden też dyżurny) – nikt z nich nie rozumie krążącego człowieka wokół świątyni katolickiej, chcącego się do niej dostać... w niedzielny poranek. Wsiadają byle szybko do aut po zakupach, aby być mniej zmoczonym, trzaskają drzwiami, załączają silniki i pędzą na obiad do domu.
Idę do kiosku, kupuję (jako pretekst do krótkiej rozmowy) widokówki. Pani
mnie informuje, iż naprawdę nie wie, czy otworzą dzisiaj katedrę a jeśli
nawet tak, to nie wiadomo kiedy konkretnie. Może koło dziesiątej? Znowu
podchodzę pod piękny portal. Jest obszerny, ma w środku kolumnę wspierającą.
Mogę zamknąć parasol, wytrzepać go. Przez moment
nie leje mi się woda na głowę.
Jestem rozczarowany: słynna katedra św. Tugduala /też Tudwal/, w której do
roku Rewolucji, czyli do roku 1789 rezydował biskup, jest w niedzielę zamknięta?
No tak, ale właśnie od tamtej daty nastąpił rozdział Kościoła od Państwa
we Francji. To czuć istotnie wszędzie, nawet tu, w Bretanii, wiernie
katolickiej, w Tréguier, tak przepięknie leżącym u ujścia dwu rzeczek
(Guindy
i Jaudy) do Atlantyku. Wichura nie daje spokoju, choć deszcz nieco ustał.
Wiatry docierają tu znad morza szybko, mają do przebycia około 10 km. Omiatają
miasteczko, spokojne, senne, czekające na turystów. Ci są, ale w sezonie,
kiedy mogą się wylegiwać na okolicznych plażach. Wichry omiatają katedrę,
pod którą stoję, jej dwie niejednakowe wieże, jej przypory, piękne witraże
w oknach oraz klasztorny krużganek.
Ktoś
nadchodzi w moim kierunku. Zbliża się człowiek, który rozkłada swoje rzeczy
3 m ode mnie. Też szuka schronienia, jak ja. Od razu poznaję – to żebrak.
Takich z plecakami jest pełno we Francji. Czuć od niego brak czystości, ale
jest gadatliwy, co jest logiczne w losie żebraczym. On jest przekonany, iż
katedrę otworzą, tak, chyba przed południem. Sam jego widok napawa mnie
egoistycznie optymizmem: jeżeli jest żebrak, to przyjdą chyba chrześcijanie
na mszę?
Otwieram parasol i idę na plac, gdzie po paru metrach wpadam w szarzyźnie tego dziwnego poranka na pomnik. Zupełnie okazały, zzieleniały od patyny, czyli zrobiono go z miedzi zapewne.
Przedstawia scenę budującą: na fotelu siedzi zwalisty mężczyzna, bardzo zamyślony (wszystko bardzo realistyczne), o lasce, a trochę za nim stoi powabna damska figura, pragnąca mu włożyć laurowy wieniec na głowę. Podchodzę: no tak, to przecież Ernest RENAN! On się tu urodził w roku 1823. Miał być księdzem, zaskoczył go kryzys wiary, zrobił karierę jako wielki uczony: historyk, teolog, pisarz, filozof, znawca języków semickich (hebrajski oraz arabski). Był latami profesorem Sorbony. Napisał rewolucyjne „Życie Jezusa“. Nie za bardzo lubił Niemców oraz Żydów (ten fakt kosztował go utratę katedry przez parę lat). Na cokole pomnika czytam cytat z jego mądrych pism: „Wielkie rzeczy czyni się jedynie przy pomocy nauki i cnoty. Wiara, jaką się miało, nie powinna być nigdy hamującym łańcuchem. Człowiek czyni piękno przez to, co kocha, a świętość przez to, w co wierzy“. Pochylony z parasolem, oddany lekturze francuskiego tekściku nie czuję przez moment, że krople dżdżu leją mi się strugami na plecy... Ulewa nie przechodzi...
Wracam pod wielkie drzwi katedry. Już jest drugi żebrak, młodszy, ma większy plecak i małego pieska. To przypomina Paryż: rzadko tam są żebracy bez psa. Drugi żebrak informuje mnie, że jest niemal pewny, iż wkrótce otworzą świątynię. Wychodzę na wichurę, idę w boczną uliczkę za strzałkami „do domu rodzinnego E. Renana“. Stoi 300 m od katedry. Teraz w nim jest muzeum. Oczywiście zamknięte... jesień! Ten dom jest piękny swą starością: belki widoczne na fasadzie, podtrzymujące dwa piętra, uginają się wyraźnie pod brzemieniem stuleci. Belki pomalowano na brązowo – kontrastują z bielą wapiennych ścian.
Wracam
pod katedrę – otworzono ją, hurra! Z radości daję monetę każdemu żebrakowi,
chociaż akurat sobie gadają i palą papierosy. Wnętrze cudowne, jak w wielu
innych katedrach francuskich. Idę prosto do zakrystii, mijając wielką rzeźbę
„św. Yves z bogaczem i biednym“. To drewniana grupa trzech postaci: świętego
(też się tu urodził w XIII w.), bogatego wytwornie ubranego i biedaka z
kosturem. Pytam się zafrasowanego zakrystiana, jak mogę wejść do krużganka.
Otwiera wielkim kluczem coś w rodzaju szafy, przez którą wchodzę na
dziedziniec klasztorny. Jestem oczywiście sam, nade mną pochmurne stalowe
niebo, zaczynam obchód. Spełniły się moje oczekiwania: ta architektura ukończona
w kutym kamieniu w 1468 roku oddziałuje swym pięknem, rytmem, ciszą,
kontemplacją.
Maswerki są należycie wykończone, niektóre zwieńczenia wycyzelowane
rewelacyjnie – jestem zachwycony, szczęśliwy i pokorny wobec takiej porcji
piękna. Niektóre partie ścian przypominają „koronki“ krużganków
portugalskich. Kończę swój samotniczy „kwadratowy“ spacer. Przez zakrystię
wchodzę do kościoła.
Przy wyjściu mijam żebraków. Patrzę na centrum miasteczka, gdzie w XV w. działała znana drukarnia. Tu wyszły „Obyczaje bretońskie“ oraz pierwszy słownik bretońsko-francuski. Tréguier ma stare tradycje intelektualne. A co z religijnymi? Co się dzieje z Francją - „pierwszą córą Kościoła”? Idę do samochodu, zaparkowanego pod strugami wody, mijając jedyną kobietę, wchodzącą do katedry.