ZaruskiBiałym szlakiem

Narty znane były na terenach środkowej Europy, podobno nawet pod tą właśnie nazwą, już od głębokiego średniowiecza. Dzisiejszemu obywatelowi równinnych części naszego kontynentu, któremu już kilkunastocentymetrowy opad śniegu zwykle zagraża załamaniem się komunikacji i często kończy się ogłoszeniem klęski żywiołowej - trudno w to uwierzyć. Na pewno znali narty mieszkańcy regionów północnych Skandynawii i Syberii. Stamtąd właśnie ów egzotyczny sprzęt codziennego użytku przywędrował do nas.
W 1891 roku Fridtjöf Nansen wydał sławna książkę Na nartach śniegowych przez Grenlandię. Polscy czytelnicy mogli zaznajomić się z jej omówieniem już w rok później w komentarzu zasłużonego sekretarza Towarzystwa Tatrzańskiego Leopolda Świerza do artykułu Wycieczka do Morskiego Oka zimową porą, opublikowanym w XIII tomie "Pamiętnika Towarzystwa Tatrzańskiego" i, równolegle, w "Kurierze Zakopiańskim", w którym Świerz był naczelnym redaktorem. Oceniając wysoko przydatność nart do odbywania zimowych wycieczek Świerz cytuje wypowiedź Nansena: Nic nie wzmacnia tak bardzo muszkułów, nic nie nadaje ciału większej elastyczności i zręczności, nic nie wzmacnia woli tak bardzo, nic nie odświeża zmysłu tak bardzo, jak narciarstwo, które rozwija nie tylko ciało, ale i duszę i ma głębsze znaczenie dla narodu, niżeli to większa część ludzi przeczuwa.
Prorocze były to słowa - ale i brodaty sekretarz TT prorokował dalej, pisząc już od siebie: mogą u nas przede wszystkim ci, którzy [...] z różnych stron kraju na zimę do Zakopanego, jako zimowej stacji klimatycznej przyjeżdżają, dać pierwsze hasło do rozprowadzenia narciarstwa nasamprzód w Zakopanem, a następnie powróciwszy do domu w różnych stronach kraju rozpowszechniać zwłaszcza wśród dorastającej młodzieży ważność narciarstwa, które wielce może się przyczynić, jak alpinizm, sokolstwo [...] do fizycznego odrodzenia narodu.
Tych słów już mógłby użyć Zaruski.
Jednakże apel Leopolda Świerza minął tymczasem bez echa. I nie pod wpływem entuzjazmu Nansena, lecz poprzez własne doświadczenia myśliwskie, nauczył się jeździć Stanisław Barabasz - pierwszy, który przywiózł narty do Zakopanego. W Karpatach Wschodnich natomiast pionierami narciarstwa byli Marian Małaczyński, Józef Schnaider i Tadeusz Smoluchowski.
W 1894 roku miała miejsce pierwsza tatrzańska wycieczka narciarska, gdy Stanisław Barabasz i Jan Fischer wybrali się aż do Czarnego Stawu Gąsienicowego.
Odkrywszy przyjemności tatrzańskiego narciarstwa - jął Barabasz popularyzować je w gronie swych najbliższych przyjaciół i znajomych. Wkrótce przeniósł się na stałe do Zakopanego, gdzie w 1902 roku objął posadę dyrektora Szkoły Przemysłu Drzewnego. Nic więc dziwnego, że pierwszymi towarzyszami wypraw Barabasza byli nauczyciel tej szkoły Ksenofont Celewicz i jej absolwent Andrzej Góraś, a poza nimi wspomniany już Jan Fischer, Kazimierz Brzozowski, Stanisław Drozdowski, J. Reutt i dr Kuliński. Zakopiańscy fachowcy od obróbki drewna próbowali też produkować "ski" - jak z cudzoziemska nazywano najpierw egzotyczny sprzęt.
Ślady jesionowych desek zaczynają coraz częściej przecinać niepokalaną dotychczas biel zimowych tatrzańskich pustaci. Jednakże garstka zapaleńców, skupiona wokół Stanisława Barabasza, była z początkiem XX wieku jeszcze bardzo nieliczna.
Drugim ośrodkiem narciarskim stał się Lwów. Karpaty Wschodnie, ze względu na swe ukształtowanie o wiele lepiej nadające się do uprawiania narciarstwa niż tatrzańskie skalne stromizny, przyciągały coraz liczniejszych zwolenników nowej rozrywki i sportu, skupiających się wokół Mariana Małaczyńskiego. Już w 1898 roku ukazał się, nakładem autora, pierwszy na ziemiach polskich, a czternasty na świecie podręcznik narciarstwa Józefa Schnaidra Na nartach skandynawskich. Podręcznik dla zwolenników sportu narciarskiego. Schnaider, podobnie zresztą jak wcześniej Świerz, używa nazwy "narty", występującej już w słowniku Lindego (ale w rodzaju męskim: ten nart, tego nartu). Barabasz i jego towarzysze używali w dalszym ciągu nazwy "ski", co Zaruski usiłował spolszczyć na "łyżwice".
Czy był jednak Barabasz pierwszym narciarzem pod Giewontem? Wiemy o tym z jego własnych wspomnień. Ale podaje to w wątpliwość Wojciech Brzega, znakomity góralski rzeźbiarz, literat i profesor Szkoły Przemysłu Drzewnego, który w swoim notatniku wspominkowym 4 stycznia 1936 roku zanotował pod tytułem Pierwszy narciarz w Zakopanem, że już około 1888 roku, a więc na 6 lat przed Barabaszem jeździł na nartach na zboczu Gubałówki subiekt Spółki Handlowej w Zakopanem, niejaki Mikulski. Próbował też ponoć na jego nartach jeździć i Brzega, jednakże nie osiągnął w tej sztuce powodzenia.
Sądzić jednakże należy, że tutaj pamięć zawiodła wybitnego rzeźbiarza: w 1888 r. Spółka Handlowa w ogóle jeszcze nie istniała - założył ją hr. Władysław Zamoyski w 1891 roku - nie mogła więc mieć żadnego subiekta. Jeżeli zaś Mikulski najpierw był narciarzem, a dopiero potem subiektem, lub jeżeli rzeczywiście w latach późniejszych nieco, ale przed Barabaszem próbował jeździć na nartach - nie był z pewnością narciarzem wybitnym, ani nie podejmował dalszych wypraw w Tatry. Nazwisko jego bowiem całkiem umknęło wszelkim annałom narciarstwa.
W wydanej w 1995 r. Wielkiej Encyklopedii Tatrzańskiej Zofii i Witolda Paryskich w artykule o narciarstwie znalazła się informacja, że pierwszymi narciarzami w Tatrach Pol. byli Władysław Kleczyński junior i Marcin Kozłecki, którzy w kwietniu 1891 dotarli na nartach do Czarnego Stawu Gąsienicowego. Ale nie zdołałem ustalić, na jakich źródłach autorzy ją oparli.
Tak czy inaczej, w ostatnich latach XIX wieku popularność białego sportu pod Tatrami rosła z roku na rok. W 1900 roku do uprawiania sportów zimowych, w tym narciarstwa, namawiał gorąco znany lekarz i higienista dr Eugeniusz Piasecki, syn własciciela wielkiego zakładu wodoleczniczego na Klemensówce przy ul. Jagiellońskiej - Wnantego Piaseckiego, sam zresztą czynnie uprawiający narciarstwo w Zakopanem. Z początkiem 1901 roku "Przegląd Zakopiański", publikujacy przedtem prace Piaseckiegu, usiłował stworzyć pierwszy pod Giewontem klub sportowy, właśnie dla uprawiania sportów zimowych. Jego organizatorem był współpracownik pisma Wojciech Szukiewicz - pisarz, historyk i działacz "Sokoła". Klub jednakże, z powodu braku dostatecznej liczby chętnych, nie zawiązał się.
W ten sposób obojętna na uroki sportu ludność miejscowa i napływowi suchotnicy zlekceważyli sprawę, przez co Zakopane straciło szansę stania się kolebką polskiego zorganizowanego narciarstwa. Oto bowiem w numerze z 7 lutego 1901 roku tenże "Przegląd Zakopiański" doniósł, że pierwsze kółko, uprawiające jazdę na sci zawiązało się w... Czarnym Dunajcu. Jego organizatorem był tamtejszy sędzia dr Zygmunt Kostkiewicz. W Czarnym Dunajcu także istniała niewielka fabryczka produkująca narty na sprzedaż. Jednakże po niespełna roku Kostkiewicz przeniósł się do Zakopanego i czarnodunajecki klub rozwiązał się.
W Tatrach Polskich widywano coraz więcej narciarzy. W marcu 1901 roku odbył się tu pierwszy wojskowy kurs narciarski, w którym uczyło się jeździć 6 oficerów i 16 żołnierzy z 57 pułku piechoty z Tarnowa, ćwiczących pod kierunkiem instruktora, nadporucznika Goppolta.
Tymczasem Stanisław Barabasz i jego współtowarzysze zapuszczają się na nartach coraz dalej w głąb Tatr - na Halę Gąsienicową i Kondratową, a nawet na Kopę Kondracką i Małołączniak. Relacje z tych wypraw, publikowane na łamach "Przeglądu", wzbudzają coraz większe zainteresowanie zakopiańczyków i coraz liczniej przybywających tu zimą gości. W 1904 roku, także za sprawą Barabasza, "Sokół" zakopiański wprowadził narciarstwo, na skromną na razie skalę, do programu swoich ćwiczeń, stając się pierwszym większym stowarzyszeniem patronującym narciarstwu.
Urokowi "białego szaleństwa" nie mógł nie ulec świeżo upieczony zakopiańczyk Mariusz Zaruski. Zaczął się uczyć jeździć na nartach najprawdopodobniej w sezonie 1904/1905, korzystając zarówno z austriackiego podręcznika M. Zdarsky'ego, jak i ze wskazówek Barabasza. Miał wtedy 38 lat. W 1905 roku spróbował narciarskiej turystyki po raz pierwszy - wychodząc w lutym na nartach na Giewont. To jedyna odnotowana przezeń wycieczka narciarska w tym roku. W 1906 podejmuje już dalekie, kilkudniowe wyprawy - przez Dolinę Kościeliską, Przełęcz Tomanową i Dolinę Cichą do Podbańskiej, na Osobitą, do Doliny Starorobociańskiej i Chochołowskiej przez Ornak. Głównymi towarzyszami wycieczek narciarskich Zaruskiego są wówczas S.Getter i Kazimierz Młodzianowski. Zwiedza na nartach Czerwone Wierchy, a także podejmuje kolejną wycieczkę na Giewont: tę właśnie wyprawę, wiodącą przez Dolinę Małej Łąki, uważać można niemal z aimprezę środowiskową - Zaruskiemu towarzyszą w niej inni malarze: Stanisław Ignacy Witkiewicz i Kazimierz Młodzianowski. Kariera Młodzianowskiego, absolwenta krakowskiej szkoły Stanisławskiego w Akademii Sztuk Pięknych, a przed wojną częstego gościa w Zakopanem, przyjaciela Witkacego i zamiłowanego narciarza, potoczyła się w latach międzywojennych podobnie jak dzieje Zaruskiego: trafił do armii, w 1925 roku został generałem, a w rok później nawet ministrem spraw wewnętrznych.
W tymże 1906 roku zakopiańskie środowisko narciarzy umocniło się tak bardzo, że podjęto w nim myśl założenia osobnej organizacji, zrzeszającej miłośników zimowych wycieczek tatrzańskich. Pierwsze zebranie organizacyjne Zakopiańskiego Towarzystwa Łyżwistów odbyło się z inicjatywy Zaruskiego i Barabasza 28 lutego 1907 roku. Następnie omawiano szczegóły przyszłego statutu na zebraniach 5 i 3 kwietnia. Na wniosek Zaruskiego postanowiono związać organizacyjnie nowe stowarzyszenie z Towarzystwem Tatrzańskim. 5 grudnia 1907 roku, na pierwszym zgromadzeniu ogólnym przyjęto statut i nazwę: Zakopiański Oddział Narciarzy Towarzystwa Tatrzańskiego.
Palmę pierwszeństwa w tworzeniu polskiego społecznego ruchu narciarskiego dzierży jednak Lwów, gdzie już w styczniu 1907 roku powstało Karpackie Towarzystwo Narciarzy, którego czołowymi działaczami byli Roman Kordys, Zygmunt Klemensiewicz, Jerzy Maślanka, Kazimierz Panek i Tadeusz Smoluchowski. Z początkiem 1909 roku powstało krakowskie koło KTN, na czele którego stanął jeden z pionierów tatrzańskiego narciarstwa - Jan Fischer. W 1910 roku koło krakowskie przekształciło się w samodzielne Tatrzańskie Towarzystwo Narciarzy, którego wybitnym działaczem był późniejszy prezes Polskiego Związku Narciarskiego i twórca kolejki na Kasprowy Wierch - Aleksander Bobkowski.
Z działaczami lwowskimi i krakowskimi toczył Zaruski przez wiele lat zacięte spory ideowe. To jednakże przyszło później - u początków narciarstwa leżała zgodna współpraca wszystkich miłośników białej turystyki.
Zakopiański Oddział NarciarzyCzłonków zakładających Zakopiański Oddział Narciarzy było jedenastu. Pierwszym prezesem został nestor narciarstwa, dyrektor Szkoły Przemysłu Drzewnego Stanisław Barabasz. Zastępcą przewodniczącego był naczelnik poczty, radny gminny i działacz kilku organizacji społecznych - Kazimierz Tchórzewski, a sekretarzem i skarbnikiem zarazem - Mariusz Zaruski. Członkami Zarządu byli także malarz i projektant kilimów, w przeszłości jeden z redaktorów "Przeglądu Zakopiańskiego" - Kazimierz Brzozowski oraz Jan Tarczałowicz, inżynier architekt, nauczyciel Szkoły Przemysłu Drzewnego i radny gminny. Członkami komisji kontrolującej byli: nauczyciel w Szkole Przemysłu Drzewnego, stolarz Ksenofont Celewicz, właściciel sklepu z pamiątkami i przyborami turystycznymi, snycerz Andrzej Góraś i osiadły właśnie w Zakopanem wybitny taternik, fotograf i czołowy polski kompozytor - Mieczysław Karłowicz. Pozostali członkowie ZON z 1907 roku to Jan i Leokadia Czerwińscy i Mieczysław Czaplicki.
Nowo wybrany zarząd rozpoczął swą działalność od zorganizowania w Zakopanem pierwszego w Polsce cywilnego kursu jazdy na nartach. Kurs zapowiedziano w kilku pismach krakowskich i lwowskich. Rozpoczął się on 25 grudnia 1907 roku, trwał 9 dni, a uczestniczyło w nim 67 osób z Zakopanego i różnych stron kraju - w tej liczbie 12 kobiet i 5 przewodników. Kurs ukończyły 53 osoby. Pierwszym góralskim przewodnikiem, który opanował umiejętność jazdy na nartach był Stanisław Gąsienica-Byrcyn.
Nauka była bezpłatna; bezinteresownie też kierownictwo kursu objął instruktor wojskowych oddziałów narciarskich z Neustadt, uczeń M.Zdarsky'ego - porucznik Henryk Bobkowski. Jednakże z powodu choroby prowadził on zajęcia tylko w pierwszym dniu. Od 26 grudnia instruktorem kursu został Mariusz Zaruski.
Ćwiczenia odbywały się dwa razy dziennie - od 9.30 do 12.00 i od l5.00 do 17.00, początkowo na Gładkiem, u podnóża Gubałówki, koło willi "Słoneczna" (dziś biegnie tam końcowy odcinek popularnej trasy zjazdowej). Potem warunki śniegowe zmusiły uczestników do przeniesienia się pod Regle, nad Żywczańskiem (koło dzisiejszej Drogi do Daniela, gdzie kończy się mała pętla trasy biegowej) i wreszcie - na Buńdówki.
Narciarskie kursy świąteczno-noworoczne stały się tradycją i niejako specjalnością Zakopiańskiego Oddziału Narciarzy Towarzystwa Tatrzańskiego. Głównym instruktorem na tych kursach pozostał Mariusz Zaruski, a oprócz niego nauk udzielali Henryk Bobkowski, Mieczysław Karłowicz i Stanisław Zdyb, a także Gustaw Kaleński, Jan Małachowski i inni działacze ZON.
Warto zapoznać się z programem takiego kursu. W 1907 roku jego uczestnicy przerabiali: pierwszego dnia - ćwiczenia w chodzeniu, jazda wprost, zwroty. Drugiego - prawidłowa postawa i jazda oporowa ("pługiem") Trzeciego - skręty, czyli jednostronne zmiany kierunku jazdy. W kolejnych dwóch dniach ćwiczono jazdę oporową i łuki z oporu oraz zakręty, czyli, jak nazywa to Zaruski, jazdę wężem. Szóstego dnia cały kurs odbył "łatwą" wycieczkę na Goryczkową Przełęcz. Siódmego dnia poprawiano umiejętność jazdy wężem i uczono się jazdy "kuczno-opornej". Ósmego - po ćwiczeniach ogólnych odbyła się wycieczka do Doliny Strążyskiej. Egzaminem praktycznym z opanowania arkanów jazdy na nartach była podjęta w ostatnim dniu zbiorowa wycieczka na Giewont. Nieco to szokujące dla dzisiejszych adeptów fachowych szkółek narciarskich, którzy po dwutygodniowych ćwiczeniach wjeżdżają z Zakopanego z umiejętnością zjeżdżania z... Lipek czy z łączek pod Reglami.
Nie dość na tym! Rok później, prowadząc wspólnie z Mieczysławem Karłowiczem drugi kurs narciarski, doszedł Zaruski do wniosku, że ćwiczenia należy zintensyfikować. Szczegóły przedstawił w opublikowanym w piśmie "Zakopane" felietonie Z Tatr:
Praktyka roku zeszłego wykazała, że tygodniowe codzienne ćwiczenia nużą nieco, nie tyle fizycznie, ile moralnie, skróciliśmy więc z p. Karłowiczem czas trwania kursu do dni czterech; w piątym dniu odbyło się powtórzenie wszystkich ćwiczeń i mała półdniowa wycieczka. Program ćwiczeń był następujący :
1-szy dzień: postawa zasadnicza, chód, zwroty, jazda w skos.
2-i dzień: jazda z oporem, skręty, krok poprzeczny, krok skośny.
3-ci dzień: zakręty, jazda poprzeczna.
4-ty dzień: jazda wężem, slalom.
5-ty dzień: powtórzenie wszystkich ćwiczeń.
Szóstego dnia odbyła się zbiorowa wycieczka kursu na szczycie Kasprowym.
A kilka dni później kursanci doskonalili umiejętność jazdy "wężem" w żlebie opadającym ku Czarnemu Stawowi z Karbu, dzielącego Kościelec od Małego Kościelca. W 1910 roku, po czterodniowym kursie zjeżdżano Suchym Żlebem z Wrótek na Kalatówki, a ćwiczenia praktyczne odbyły się podczas wycieczki do Czarnego Stawu Gąsienicowego, skąd wracano zjeżdżając do Doliny Jaworzynki wąskim żlebem opadającym ostro ze stoków Małej Kopy Królowej. Na pamiątkę trudnej jazdy tym żlebem Zaruski nazwał go żartobliwie "Żlebem Wściekłych Węży", która to nazwa używana jest potocznie do dziś, choć niesłusznie dorabia się jej ludowe pochodzenie.
Trzeba dodać, że zarówno same kursy, organizowane każdej zimy aż do wybuchu I wojny światowej, jak i owe narciarskie wycieczki odbywały się bez żadnych wypadków. O tonach gipsu, zużywanych zimą przez zakopiański szpital dla obkładania narciarskich połamańców, nikt wówczas nie słyszał, nie mówiąc już o ofiarach śmiertelnych. Upadki, owszem, zdarzały się wcale nierzadko, ale zwykle kończyły się na kilku siniakach czy podartych spodniach. A nie znano wtedy bezpiecznikowych wiązań, specjalnych butów narciarskich, gustownych plastikowych kombinezonów, parafiny "Toko" czy gogli. Długość nart przewyższała wysokość narciarza o prawie pół metra, krawędzie nie były kantowane, a jeżdżono posługując się jednym tylko, ale za to przeszło dwumetrowym kijem...
Inny sprzęt wymagał, oczywiście, innej niż dziś techniki jazdy. Jeżdżono bardziej siłowo niż technicznie, podstawą ewolucji był opór i... kij, wykorzystywany przy skrętach jako coś pośredniego między wiosłem a sterem: skręcając w lewo oporowano prawą nartą, wbijając jednocześnie mocno kij z lewej strony, utrzymując go pod lewą pachą. Kij, zwykle mocno okuty, służył także jako wyborny hamulec, zwłaszcza w przypadkach utraty kontroli nad "pojazdem": wsadzało się kij pod pachę i, poprzez dźwignię uzyskaną w taki sposób, z całej siły dociskało koniec do trasy zjazdu. Kij rył ostrzem po śniegu lub zlodowaciałej szreni aż iskry leciały, ale narciarz skutecznie wytracał szybkość. Mniej wprawni w trudnych momentach siadali po prostu na kiju okrakiem.
Problem kija, nazywanego też bambusem, jego wykonania i używania, był w ogóle częstym tematem zaciętych dyskusji i sporów. Karłowicz, łączący zazwyczaj wycieczki narciarskie ze wspinaczkowymi, zamiast kija używał specjalnego, zaprojektowanego przez siebie, lekkiego i długiego czekana. Słynny był przed I wojną spór między szkołą norweską, używającą dwóch krótszych kijków z talerzykami, a alpejską - jednokijkową. Zakopiańscy tradycjonaliści, wychowani na szkole alpejskiej Zdarsky'ego, podrwiwali początkowo z "dwukijkowców", wykonujących ewolucje bez zapierania się kijem, jedynie przy pomocy ześlizgów i umiejętnego obciążania nart. Argumentowano, że wątłe kijeczki, dobre w terenie płaskim lub pagórkowatym czy na "oślich łączkach", na nic nie zdadzą się, gdy trzeba będzie na stromiźnie wykonać skręt w metrowym śniegu lub wyhamować upadek na zlodowaciałej szreni.
Nowa technika była wszakże wygodniejsza, bardziej elegancka, umożliwiała szybszą jazdę i łatwiejsze podchodzenie, no i była modna. Zaruski proponował kompromis: wymyślił mianowicie jazdę z dwoma, ale także dość solidnymi kijkami, od których w trudnym terenie odpinał talerzyki, a kijki skręcał ze sobą przy pomocy specjalnej skuwki, otrzymując namiastkę "bambusa". Na krótko pomysł ten pogodził zwaśnione strony, jednakże z biegiem lat technika dwukijkowa zwyciężyła bezapelacyjnie, a okute kije poszły do muzeum. Dawne przyzwyczajenia przetrwały jednak dłużej: jeszcze w latach międzywojennych Stanisław Ignacy Witkiewicz, jeżdżąc w towarzystwie Henryka Worcella w Dolinie Pięciu Stawów, używał oczywiście dwóch kijków, ale na większej stromiźnie składał je razem i po prostu na nich siadał, jak dziecko bawiące się w jazdę na koniu. Niektóre podręczniki narciarstwa śladowego i dziś polecają ten sposób hamowania - może i niezbyt elegancki, ale skuteczny.
Zakopiański Oddział Narciarzy TT, którym Zaruski kierował praktycznie od początku aż do I wojny światowej - choć prezesem został dopiero od 1910 roku - starał się nie tylko o wyuczenie techniki jazdy coraz większej liczby narciarzy, ale także o ułatwienie działalności wprawnym już zimowym turystom. Dzięki staraniom Zaruskiego i Karłowicza sklepy zakopiańskiej Spółki Handlowej zaczęły sprowadzać sprzęt sportowy i turystyczny z renomowanej wiedeńskiej firmy Mizzi Langer. Staraniem działaczy ZON schroniska tatrzańskie zaopatrywano w opał i przystosowywano do użytkowania w zimie. Znakowano także narciarskie trasy turystyczne.
Zaruski organizował dla zakopiańskich gości odczyty połączone z wyświetlaniem przeźroczy, ukazując im uroki Tatr w zimie. Propagował narciarstwo w szerokich kręgach społecznych - słowem, drukiem i, przede wszystkim, własnym przykładem. A ponadto -niezachwianą wiarą w przyszłość społecznego ruchu, jakim powoli stawało się narciarstwo. Początkowo bywalcy Zakopanego, nawet i taternicy, śmiali się z dziwacznie wyekwipowanych narciarzy, paradujących przez Krupówki z nartami na ramieniu albo uwiązanymi i ciągniętymi za dzioby na sznurku, a na widok ubrany w bryczesy i owijacze kobiet górale spluwali, dopatrując się w takim stroju obrazy boskiej.
Poza drwinami stwarzano narciarzom i inne przeszkody: w swoim tatrzańskim felietonie na łamach "Zakopanego" donosił Zaruski u progu 1908 roku:
Tuż za mostem na potoku Bystrym w Kuźnicach, na ziemi p. Eustachego Uznańskiego, w ostatnich dniach stanął słup z tablicą, a na niej napis tej treści: zabrania się narciarzom pod groźbą aresztowania jeździć na nartach. Dla informacji czytelników nadmienię, że dobra p. Uznańskiego obejmują obszar ograniczony Kopą Kondracką, granią Giewontu, potokiem Bystrym, Nosalem; dalej granica idzie przez Toporową Cyrhlę, wieś Murzasichle, polanę Waksmundzką i grań Kosistej... Pod szczęśliwą gwiazdą przyszło na świat i rozwija się nasze narciarstwo.
Historia ta ukazuje najwyraźniej jak mało orientowano się w tym, czym w istocie jest narciarstwo: cóż mógł szkodzić właścicielowi dóbr szaflarsko-poronińskich i tatrzańskich narciarz sunący po powierzchni śniegu, jeżeli poruszanie się pieszo po śniegu nie było wzbronione?
Rzucane pod adresem Zaruskiego i jego kolegów groźby represji nie przeszkodziły mu twierdzić w tym samym czasie: Od rozwoju narciarstwa zależy przyszłość Zakopanego. Czytelnicy pukali się w czoło: w rzeczy samej białe szaleństwo...
Rok później, w 1909 roku na stoku Gubałówki pierwsi malcy góralscy zaczęli jeździć na metrowych nartkach własnego wyrobu, pojawił się też pierwszy bobslej. Staraniem Krajowego Związku Turystycznego i Zakopiańskiego Oddziału Narciarzy się w tymże roku Podręcznik narciarstwa według zasad alpejskiej szkoły jazdy na nartach Henryka Bobkowskiego i Mariusza Zaruskiego. Był to już trzeci polski podręcznik tego typu - po wspomnianym dziele Schnaidra i wydanej w 1908 roku książce Romana Kordysa Narty i ich użycie.
Głównym celem narciarstwa - w rozumieniu działaczy ZON - była zimowa turystyka. Poza przyjemnością, jaką daje zjazd, narty oferowały możliwość o wiele łatwiejszego niż do tej pory dotarcia w głąb Tatr, w miejsca zgoła niekiedy niedostępne pieszo. Dzięki nartom już w pierwszym sezonie działalności Oddziału Mieczysław Karłowicz z Romanem Kordysem dokonali pierwszych zimowych wejść (choć na same wierzchołki wchodzili bez nart, na rakach) na Kościelec, Żółtą Turnię i Wołoszyn, Władysław Pawlica wszedł na Babią Górę, a Karłowicz, Kordys i Zaruski dokonali pierwszego zimowego przejścia w poprzek Tatr - przez Liliowe, Zawory i Koprową Przełęcz do Popradzkiego Stawu i Szczyrbskiego Jeziora, skąd Zaruski z Kordysem przeszli zboczami Osterwy i Klina do Doliny Stwolskiej, zboczem Kończystej, Doliną Batyżowiecką i zboczami Gierlachu do Doliny Wielickiej i z niej przez Polski Grzebień, Dolinę Świstową i Dolinę Białej Wody wrócili do Zakopanego.
Zaruski sam uważał, że narciarstwo jest środkiem, dającym dostęp do źródła siły, orzeźwiającym, oczyszczającym duszę z osadu, jaki się w niej tworzy wskutek niezdrowych warunków współczesnego życia. Narciarstwo to sport, ale sport otwierający nam na ścieżaj zamknięte na siedem zamków lodowych wrota do gór, do hal, pogrzebanych pod śniegiem, do stawów zamarzłych, do turni siwobrodych, do majestatu zimowej tatrzańskiej pustyni. Oto ona tam blisko - rozrzuciła swe skarby hojną ręką, lśni w słońcu brylantami gwiazdek lodowych, przemawia głębokimi jak śmierć słowami milczenia i ciszy bezbrzeżnej, gra hymny potężne na klawiszach swych, a nie ma widzów, nie ma słuchaczy, którzy by chłonęli te czary !
Na nartach, tylko na nartach można ją podejść, podsłuchać, podpatrzeć. Oto takie znaczenie ma dla nas narciarstwo.
Poza tym daje zdrowie, kształci charakter, ucząc odwagi i szybkiego decydowania się, podnosi zmysł piękna...

Były wszakże w założeniach programowych Zakopiańskiego Oddziału także słowa o zamiarach organizowania w Zakopanem zawodów polskich narciarzy.
Zawody takie istotnie odbyły się, jednak dopiero 28 marca 1910 roku. Pierwotnie organizatorami miały być wspólnie Zakopiański Oddział Narciarzy i krakowskie koło KTN. Jednakże na skutek nieporozumień organizacyjnych ZON wycofał się ze współpracy i ostatecznie "Dzień narciarski" - bo taka nazwę miała pierwsza w Tatrach sportowa impreza narciarska - odbył się w Dolinie Goryczkowej staraniem Karpackiego Towarzystwa Narciarzy. Zakopiańczycy jednakże wzięli udział w zawodach, obejmujących bieg i zjazd, zdobywając 5 nagród.
Jeszcze w tym samym roku odbyły się na Kalatówkach pierwsze zawody w skokach narciarskich. Wybudowano tam pierwszą - nie tylko w Polsce, ale i w ogóle w Tatrach - skocznię, przebudowaną w 1913 roku staraniem krakowskiego AZS-u. Dopiero w latach międzywojennych powstały następne skocznie - najpierw na Antałówce, potem w Dolinie Jaworzynki, a w 1925 - na zboczu Krokwi.
Wspólnie z Tatrzańskim Towarzystwem Narciarzy i krakowskim AZS Zakopiański Oddział Narciarzy zorganizował 5 lutego 1911 roku II zawody narciarskie, nazwane już międzynarodowymi, które odbywały się na Kalatówkach i w Dolinie Goryczkowej.
Zaruski, choć sam kilkakrotnie brał udział w rozmaitych zawodach - nie był entuzjastą rodzącej się w narciarstwie rekordomanii. Nad slalom między bramkami i chorągiewkami przedkładał prawdziwe, naturalne trudności, których niemało sprawiała jazda po oblodzonych zboczach, w wąskich żlebach czy zalesionych stokach Tatr. Swego niechętnego do narciarstwa "boiskowego" stosunku nie zmienił do końca życia. Jeszcze w 1937 roku, dawno po uruchomieniu kolejki linowej na Kasprowy Wierch, pisał:
Z biegiem czasu wynikła długa walka ideowa z Tatrzańskim Towarzystwem Narciarzy, założonym w Krakowie przez niestrudzonego inż. Aleksandra Bobkowskiego, które setki, jeśli nie tysiące narciarzy zatrzymało na Kalatówkach, a w dalszej konsekwencji wyprowadziło ich na trasy zawodnicze i na Wierch Kasprowy.
Walka na razie skończyła się moją przegraną.
Nie zmieniłem jednak swoich poglądów i dziś, pomimo olbrzymiego rozrostu narciarstwa i postępu samej umiejętności jazdy na nartach, uważam kierunek jego zawodniczy za społeczny objaw niezdrowy zarówno w najgłębszej swej treści duchowej, jak i pod względem fizycznym. [...]. Przekształcony w Sekcję PTT Zakopiański Oddział Narciarzy [...] nie dał się unieść całkowicie prądowi, który najlepszych narciarzy rzucił przed trybuny widzów, a oklaskami ich zagłuszył szum wiatru halnego na przełęczach tatrzańskich.

Na oczach mistrza tatrzańskiej turystyki, za jego właśnie czasów rodził się paradoks współczesnego narciarstwa: stanowiące pierwotnie jego istotę popularne, powszechnie dostępne i nie wymagające żadnych inwestycji narciarstwo turystyczne stało się z czasem rozrywką elity. Natomiast trudniejsze technicznie, elitarne, bo wymagające sporych nakładów finansowych ze strony narciarzy i kosztownych urządzeń technicznych, wywodzące się z zawodniczego narciarstwo zjazdowe - w czasach Zaruskiego nazywane "boiskowym", dziś znane raczej jako "narciarstwo przykolejkowe" - stało się jednym z najpopularniejszych sportów masowych. Jest to niewątpliwie wynik wygodnictwa narciarzy, nie chcących oddalać się więcej niż 100 metrów od samochodu czy autokaru i uważających - nie bez słuszności - że dzisiejsze narty to sprzęt służący wyłącznie do jeżdżenia w dół.
Inna sprawa, że sytuację taką wymusza częściowo współczesny przemysł: drogie narciarstwo zjazdowe jest po prostu opanowane przez ludzi interesu i przedsiębiorstwa czerpiące krociowe zyski z produkcji sprzętu i odzieży, z eksploatacji kolejek i wyciągów czy choćby z przykolejkowych instytucji usługowych. Intensywna reklama i nie mniej od niej przyciągająca moda pchają miliony ludzi w przysłowiową "kolejkę do kolejki", na zatłoczone parkingi, do wszechobecnych przy "boiskach" handlarzy wszelkich tandet - łącznie z tandetnym wypoczynkiem.
Cóż ci wszyscy biznesmeni mieliby do zaoferowania prawdziwym turystom narciarskim? Kiosk z piwem w Dolinie Pańszczycy czy przenośne wyciągi zaczepowe na przełęczach Czerwonych Wierchów nie będą pewno zbyt rentowne...
Nieco rachitycznym powrotem do turystyki narciarskiej jest ostatnio stosunkowo coraz popularniejsze narciarstwo biegowe czy śladowe. Jednakże narty takie - w wersjach dostępnych w polskich sklepach - do turystyki górskiej niezbyt są przydatne. W normalnej sprzedaży, a bodaj i w produkcji - nie ma ani butów stosownych do narciarskiej turystyki, ani odpowiednich wiązań, ani choćby najprostszych w pomyśle stabilizatorów, dających się zamontować do nart śladowych, dla utrzymywania tyłów butów przy trudniejszych zjazdach.
Słowem - wygodnictwo, moda i handlarze spowodowali sytuację, w której elita się sproletaryzowała, a najprostsza popularna turystyka stała się zajęciem snobów czy... majsterkowiczów.
Zakopiański Oddział Narciarzy pod wodzą Mariusza Zaruskiego dbał jednakże przede wszystkim o popularyzację tego prawdziwego narciarstwa, uprawianego wśród hal i turni tatrzańskich. 26 grudnia 1911 roku zmieniono nazwę ZON na Sekcję Narciarską Towarzystwa Tatrzańskiego, a wkrótce potem - 14 stycznia 1912 zmieniono statut organizacji, wprowadzając podział na członków zwyczajnych i czynnych. By zostać członkiem czynnym trzeba było wykazać się umiejętnością jazdy na nartach według szkoły alpejskiej, znajomością topografii Tatr oraz odbyć co najmniej trzy zimowe wysokogórskie wycieczki. Usiłowano w ten sposób ograniczyć napływ "boiskowych" narciarzy do Sekcji. By jednak nie pozbawiać się dopływu nowych, fachowych kadr, Zaruski i jego współtowarzysze organizowali nadal kursy narciarskie, zarówno tradycyjne, kilkudniowe w okresie Bożego Narodzenia, jak i dorywcze lekcje, odbywane dla przygodnych uczestników 2 razy w tygodniu w sezonie zimowym. Kursy kończyły się, również tradycyjnie, wysokogórską wycieczką narciarską. Zajęto się także młodzieżą, organizując od 1912 roku kursy dla uczniów Szkoły Przemysłu Drzewnego w Zakopanem, a także dla młodzieży nowotarskiej. Jeszcze w grudniu 1910 roku powstało przy ZON koło dziecięce. Rok później powstała w Zakopanem prywatna ogólnokształcąca szkoła przygotowawcza Zofii i Ksawerego Praussów, prowadzona potem pod firmą Towarzystwa Szkoły im. Staszica. W szkole tej wprowadzono obowiązkową naukę jazdy na nartach, a jej uczniowie odbywali -m. in. pod kierunkiem członków zarządu SN TT - narciarskie, a także letnie wycieczki w Tatry.
Mimo zaostrzenia rygorów statutowych, napływ członków czynnych do Sekcji nie zmniejszył się, a jej popularność rosła. W jej skład wchodzili nie tylko zakopiańczycy, lecz także narciarze z różnych stron podzielonego kraju. Na nartach jeździli rzemieślnicy, prawnicy, nauczyciele, literaci i, szczególnie liczni w Sekcji, malarze. Nie brakło nawet polityków: najlepszym narciarzem wśród tych ostatnich ochrzczono redaktora krakowskiego "Naprzodu", działacza Polskiej Partii Socjalno-Demokratycznej i posła do austriackiego parlamentu, w przyszłości pierwsze polskiego premiera i marszałka Sejmu - Ignacego Daszyńskiego, o którym podśpiewywano:
Albośmy to jacy tacy, jacy tacy, chłopcy - krakowiacy -
rżnie na nartach jak grom z nieba Daszyński Ignacy...

W pozyskiwaniu nowych miłośników "białego szaleństwa" dużą rolę odgrywał klub narciarzy rezydujący w popularnej cukierni Piotra Przanowskiego.
Stanowiąca główny cel istnienia Sekcji zimowa turystyka i taternictwo, w których łączono na ogół narciarstwo ze wspinaczką skalno-lodową, rozwinęły się w latach przed I wojną niebywale. Zwiedzono w tym czasie zimą wszystkie wybitniejsze szczyty i przełęcze. Jednakie, będąc w zgodzie ze swymi pierwotnymi założeniami statutowymi, Sekcja Narciarska zajmowała się, choć w znacznie mniejszym stopniu, także innymi sportami zimowymi.
Najstarszym z nich było na terenie Zakopanego łyżwiarstwo, uprawiane od końca XIX wieku. Jeszcze w 1893 roku redaktor "Gazety Zakopiańskiej" Sebastian Będzikiewicz apelował o stworzenie na Równi Krupowej... sztucznego jeziora, dla podniesienia "szwajcarskości" zakopiańskiego uzdrowiska: latem miały być tam urządzane regaty wioślarskie i żeglarskie, zimą - ślizgawka. Jesienią 1901 roku, z inicjatywy Jana Szymańskiego powstało w Zakopanem Towarzystwo Sportowe z komisarzem klimatycznym Tadeuszem Piątkiewiczem jako prezesem. Podstawowym celem Towarzystwa było propagowanie łyżwiarstwa. W wyniku jego starań u podnóża Antałówki, przy ul. Jagiellońskiej u wylotu Przecznicy (dziś ul. Witkiewicza), między willami "Modrzejów" i "Szopenówka" a terenem dzisiejszego basenu kąpielowego, urządzono ślizgawkę dla łyżwiarzy. Wyżej, trasą dzisiejszej ulicy Wierchowej, zjeżdżali saneczkarze. Po kilku latach łyżwiarstwo zanikło pod Giewontem, by odnowić się dopiero w latach międzywojennych, a prawdziwy rozmach zdobyć w czasach nam współczesnych - gdy Zakopane dysponuje stadionem lodowym, na którym rozgrywane są międzynarodowe zawody w łyżwiarstwie szybkim.
Bardziej równomiernie rozwijało się saneczkarstwo. Już w 1908 roku Mariusz Zaruski starał się o wbudowanie toru saneczkowego pod Gubałówką na Gładkiem, później lansował koncepcję zlokalizowania go na wschodnim stoku Gubałówki, tam gdzie dziś znajdują się popularne wyciągi orczykowe na Kotelnicy. Jako działający metodycznie propagator sportów zimowych, wiedząc, że umiejętność korzystania z sanek, podobnie jak i z nart - jest społeczeństwie niewielka, nie zaniedbał opublikować na łamach "Zakopanego" z początkiem 1908 roku szczegółowej instrukcji Jak trzeba siedzieć i jeździć na saneczkach.
Do wybudowania toru saneczkowego na Gubałówce jednakże nie doszło, na Gładkiem każdy jeździł jak chciał: ten na nartach, ów na saneczkach, inny bobslejem, dzieciaki przeważnie na butach i spodniach. Nic więc dziwnego, że nieraz dochodziło do stłuczeń i potrąceń, na szczęście z powodu niewielkich szybkości na ogół niezbyt groźnych.
Inaczej wyglądała ta sprawa na drodze z Kuźnic. Tą najpopularniejszą (po Krupówkach) ulicą Zakopanego (dziś: Aleja Przewodników Tatrzańskich) licznie poruszali się piesi turyści i spacerowicze, jeździły góralskie sanki i dorożki, narciarze zjeżdżali z Kalatówek i Kuźnic, a także wyjeżdżali skjöringiem za koniem, z rzadka przed I wojną przejeżdżał tamtędy samochód. Z największą jednak szybkością zjeżdżali drogą z Kuźnic saneczkarze i szczególnie niebezpieczni bobsleiści. W takim tłoku, przy kiepskiej na ogół umiejętności kierowania zarówno nartami, jak i sankami czy bobslejami, przy powszechnym lekceważeniu zasad ruchu drogowego - a obowiązywał wówczas w Zakopanem ruch lewostronny - wypadki, tu już poważniejsze, nie należały do rzadkości. By ich uniknąć na przyszłość, w 1911 roku Sekcja Narciarska, wspólnie z Wincentym Szymborskim, dyrektorem dóbr zakopiańskich Zamoyskiego (ojcem przyszłej noblistki Wisławy), do których należały Kuźnice, wystąpiła z wnioskiem o wybudowanie specjalnego toru dla bobslejów, na odcinku między Kalatówkami a "Księżówką". W lutym 1911 roku projekt toru opracowali i wytyczyli jego przebieg drogomistrz inżynier Alojzy Jost i inżynier powiatowy Józef Rams, a Sekcja, doprowadziwszy do wydania zakazu jeżdżenia bobslejami po ulicach, powołała spośród kierowników instytucji i organizacji zainteresowanych sprawą komitet budowy toru bobslejowego. Na jego czele stanął Mariusz Zaruski, a jednym z najaktywniejszych członków był sekretarz SN TT, drugi po Zaruskim "narciarski mąż" w Zakopanem Gustaw "Tate" Kaleński, który swój przydomek otrzymał dzięki ojcowskiemu stosunkowi do młodszych kolegów w Sekcji Narciarskiej.
Budowa toru jakoś nie mogła wyjść poza etap wstępnych uzgodnień między SN TT, Klimatyką, Gminą i Zamoyskim. Co gorsza, opieszałość władz spowodowała, że zakaz jeżdżenia bobslejami po drogach publicznych nie był przestrzegany, ani w ogóle o nim nie wiedziano. W efekcie 10 lutego 1913 roku na Drodze do Kuźnic doszło do kolejnego, tragicznego w skutkach wypadku: rozpędzony siedmioosobowy bobslej przy próbie wymijania pieszych wpadł na drzewo: dwie osoby zostały podczas kolizji zabite, kilka było ciężko rannych.
Teraz sprawa toru zaczęła posuwać się szybciej. Jesienią 1913 roku praca przy nim postępowała, gdy nagle w listopadzie właściciel terenu hr. Zamoyski wystąpił ze spółki i przejął we własne ręce budowę oraz jej finansowanie. Nie chciał także w przyszłości dzielić się z innymi zyskami z przedsięwzięcia. W tym stanie rzeczy komitet budowy rozwiązał się.
W rezultacie inwestycję zakończono na czas i oddano do użytku 18 grudnia 1913 roku. Było to bodaj pierwsze "techniczne" - choć z użyciem "owsianej techniki" zbudowane udogodnienie dla miłośników sportów zimowych: saneczki i bobsleje konnym "wyciągiem" transportowano, za osobną opłatą, aż pod Kalatówki. Saneczki zresztą, jako mniej opłacalne, dopuszczano do ruchu tylko dwa razy w tygodniu. Ceny za jeden przejazd (z wyciągiem) były wysokie: płacono 40-60 halerzy za saneczki, koronę za skeletony, 3,5-4,5 korony za bobsleje, zależnie od wielkości. Dla porównania - gazeta tygodniowa (lokalna) kosztowała 30 halerzy, a dzienna stawka przewodnicka, w zależności od trasy, klasy przewodnika i okresu - od 1 do 5 koron. Od sezonu zimowego 1913/14 urządzano na tym torze nawet wyścigi saneczek i bobslejów, brali w nich udział także członkowie SN TT, ale samym przedsięwzięciem Sekcja i jej działacze interesowali się już w znacznie mniejszym stopniu.
Dolny odcinek toru - od Kuźnic do "Księżówki" - wykorzystywany jest do dzisiaj jako nartostrada.
Przedmiotem ogromnej troski Mariusza Zaruskiego było zapobieganie skutkom najgroźniejszego niebezpieczeństwa, czyhającego na tatrzańskich narciarzy - lawin śnieżnych. Wprawdzie za czasów Zaruskiego tylko jeden polski narciarz zginął w śnieżnej lawinie - ale okrutny los sprawił, że tą jedyną ofiarą białej śmierci stał się Mieczysław Karłowicz, współtwórca tatrzańskiego narciarstwa, przy tym bliski przyjaciel Zaruskiego. Pod przejmującym wrażeniem tej tragedii pozostawał przez wiele lat - była to takie w pewien sposób i jego tragedia: Zaruski był bowiem jedną z ostatnich osób, z którymi Karłowicz rozmawiał przed wyruszeniem na ową fatalną "przechadzkę" do Czarnego Stawu Gąsienicowego, a tematem rozmowy były sprawy organizacji Tatrzańskiego Ochotniczego Pogotowia Ratunkowego i właśnie niebezpieczeństwo lawin. I Zaruski przed tym niebezpieczeństwem Karłowicza przestrzegał. Może gdyby był wynalazł jakiś pretekst, by Karłowicza w tym dniu zatrzymać w Zakopanem...
Zapewne te, w podświadomości kołaczące się wątpliwości, były także motywami działalności Zaruskiego na rzecz zabezpieczenia narciarzy przed niebezpieczeństwem lawin. On sam zresztą tylko o włos uniknął porwania przez lawinę, gdy 1 marca 1908 roku wracał do Zakopanego przez Polski Grzebień z kilkudniowej wyprawy na południową stronę Tatr w towarzystwie Romana Kordysa. Trzeci towarzysz pierwszego zimowego przejścia przez Tatry - Mieczysław Karłowicz, czując się nie najlepiej, zrezygnował z ostatniej części wycieczki i wrócił do domu koleją. Po całonocnych opadach śniegu połączonych z wichurą górne piętra Doliny Świstowej zalegała metrowa warstwa puchu. Przy zjeździe z siodła Polskiego Grzebienia Zaruski prowadził, Kordys jechał za nim. W momencie ostrego hamowania dostokowego w nieco węższej części żlebu, dosłownie spod nart Zaruskiego oderwała się metrowej grubości deska śnieżna, która zsuwając się po zlodowaciałej, starej warstwie pociągnęła za sobą, a właściwiej byłoby powiedzieć - zepchnęła w dół cały nowo spadły w nocy śnieg. Kordys, ogarnięty nabierającą dopiero szybkości i rozmiarów lawiną, przewrócił się i po zlodowaciałym śniegu zaczął spadać z nią, ta jednakże błyskawicznie wyprzedziła go. Zdołał zahamować upadek kijem i zatrzymać się na bezpiecznej grzędzie.
Zaruski był w jeszcze groźniejszej sytuacji. Stał co prawda pewnie, ale od jego nart w górę świeży śnieg utrzymał się na lodowym podłożu, zaś przy krawędzi nart kończył się, jak nożem ucięty. Wszystko to sprawiało wrażenie, że cała ta potworna masa śniegu od grzbietu Polskiego Grzebienia aż do miejsca, w którym stanął, utrzymywana jest tylko przez jego narty i wbity mocno kij. W dodatku, by dojechać do bezpiecznej grzędy, na której stał Kordys, musiał odwrócić się o 180 stopni - nie było mowy o wykonaniu skrętu w trakcie jazdy: na zalodzonym stoku musiałoby to doprowadzić do wypadku. Z duszą na ramieniu, nie robiąc żadnych gwałtownych ruchów, wykonał "przekładankę" i błyskawicznie prześliznął się do bezpiecznego miejsca. Śnieg dał się oszukać - druga lawina nie poszła. Dalsza droga, choć także ryzykowna, odbyła się już bez sensacji.
Jak obliczył potem Zaruski, lawina, którą sam spowodował, poruszała się z szybkością 33 m na sekundę - czyli prawie 120 km na godzinę. Znalezienie się bezpośrednio na trasie jej spadku nie dawałoby narciarzowi żadnej szansy.
Od tamtej pory badał różne rodzaje lawin, dociekał przyczyn ich powstawania, próbował określać miejsca i trasy, którymi zazwyczaj się poruszają. Pierwszy stwierdził ogromną lawiniastość rejonu Morskiego Ok i Wodogrzmotów Mickiewicza. 11 maja 1909 roku nad Morskim lawiny spadały średnio co... 15 sekund, a w ciągu 5 godzin Zaruski zaobserwował około sześciuset wielkich lawin, przeważnie spadających z masywu Mięguszowieckich Szczytów.
Zauważył, że największe lawiny schodzą ze stoków wystawionych na ekspozycję słoneczną, choć niekoniecznie oświetlonych w chwili zejścia lawiny, najczęściej żlebami szerokimi, o średnim nachyleniu. Przestrzegał przed groźnym pod tym względem żlebem opadającym wprost z Opalonego na drogę jezdną, u miejscu, gdzie przed rozstrzygnięciem w 1902 roku sporu o Morskie Oko stały koszary cesarsko-królewskiej żandarmerii. Koszary te zostały także zniesione przez lawinę. W 1912 roku, obserwując tu kolejne lawiny, Zaruski ochrzcił to miejsce, ku oburzeniu purystów językowych z redakcji "Taternika" - "Żlebem Żandarmerii" (właściwie, choć mało oryginalnie - Głęboki Żleb). Nazwa ta do dziś jest w potocznym użyciu, a Żleb co roku wyrzuca dziesiątki lawin niezwykle niebezpiecznych przez to, że zagrażają setkom kompletnie niedoświadczonych wczasowiczów poruszających się w tamtej okolicy, którzy nie spodziewają się, że na asfaltowej, "cywilizowanej" drodze, o kilkaset metrów postoju wózków góralskich i bigosu w pawilonie gastronomicznym, o parę kroków od stoisk sprzedawców pamiątek - w środku pogodnego dnia za zakrętem czyha bezlitosna biała śmierć...
Pisał Zaruski o lawinach niemal w każdym swoim zimowym artykule, zarówno w piśmie "Zakopane", jak i w lwowskim "Słowie Polskim". Przestrzegał przed tym niebezpieczeństwem także podczas licznych wygłaszanych przez siebie odczytów. Twierdził, że doświadczony turysta, znający reguły powstawania i poruszania się lawin, jest w stanie w dużej mierze zmniejszyć ryzyko. Wykluczyć się go nie da nigdy, gdyż lawiny, jako zjawiska żywiołowe, bywają nieobliczalne. Wierny, że najczęściej poruszają się żlebami lub po odsłoniętych stromych zboczach, po świeżych opadach śniegu, przy nasłonecznieniu, koło południa, przy zmianach temperatury, najchętniej przy ciepłocie powietrza w pobliżu zera.
Ba! - ale zdarzają się lawiny w nocy, przy 20-stopniowym mrozie, w środku lasu, na stoku o nachyleniu niewiele większym niż na przeciętnej "oślej łączce", wreszcie - w miejscach, gdzie "nigdy" lawin nie bywa.
Tragicznym potwierdzeniem takiego wyjątku od reguły jest śmierć Karłowicza: znał niebezpieczeństwo, unikał go na całej trasie wybierając najbezpieczniejszą drogę, a porwała go lawina prawie u celu wyprawy...
Próbował Zaruski uczyć swoich kursantów zasad bezpiecznego zachowania się podczas wycieczki narciarskiej. Wymagał bezwzględnego podporządkowania się kierownikowi grupy. Na wycieczce odstępy między jej uczestnikami podczas podchodzenia wynosić miały 1 metr. Pierwszy idzie wyznaczony z grupy torownik przecierający szlak, za nim kierownik grupy wskazujący drogę. Ostatni posuwa się wyznaczony spośród wycieczkowiczów strażnik - nie może on wyprzedzić nikogo. Miejsca w szeregu są w zasadzie stałe, przy czym cała grupa musi stosować się do najsłabszego. Zjeżdża się w odstępach 15-metrowych, jednym śladem lub blisko śladu kierownika.
W miejscach grożących lawinami winno się zjeżdżać w odstępach minimum 50-metrowych. Każdy winien być obwiązany w pasie czerwoną linką lawinową o długości 20 metrów, ciągnącą się swobodnie za nim. Szczególnie uważać trzeba przy zjeżdżaniu szerokimi żlebami: należy tam poruszać się stromymi zakosami, z krawędzi na krawędź, bez oporu i hamowania i raczej krzyżować ślady, niż pogłębiać ślad poprzednika.
Gdyby lawina ruszyła - stromym skosem należy starać się zjechać poza jej obręb. Gdy z uwagi na obszar lawiny lub konfigurację terenu będzie to niemożliwe - pozostaje "śmiertelna jazda" szusem wprost w dół. Gdy i to nie pomoże i zostanie się ogarniętym przez zsuwający się śnieg - trzeba szybko odpiąć narty, które, działając jak kotwica, ściągają narciarza w głąb lawiny i, poruszając rękami i nogami, starać się utrzymać na powierzchni śniegu.
W grupie przynajmniej jedna osoba winna mieć łopatę. Wówczas gdy linka lawinowa wskazuje miejsce, gdzie znajduje się zasypany narciarz, istnieje duża szansa, że szybko i sprawnie przeprowadzona akcja ratunkowa może ocalić mu życie.
O ile wiadomo - los, a może umiejętność organizacji wycieczki i doboru trasy spowodowały, że prowadzone przez Zaruskiego wyprawy nigdy nie miały okazji zmierzenia się z lawiną w praktyce. Niemniej jednak takich i podobnych sposobów na lawiny wymyślano setki. Podobno "Tate" Kaleński był autorem projektu założenia w Zakopanem hodowli lawinowych... kanarków. Kanarek taki, uwiązany za łapkę sznurkiem do szyi narciarza, znajdowałby się podczas wycieczki pod czapką. W razie porwania przez lawinę, pęd powietrza strąciłby czapkę, kanarek wzleciałby na sznurku w powietrze i wskazywałby miejsce, gdzie znajduje się narciarz. A dlatego kanarek, a nie na przykład wróbel, że żółty kolor jest dobrze widoczny tak na tle śniegu, jak i nieba czy skał, no i poza tym piękny śpiew zwracałby uwagę zarówno przypadkowych przechodniów, jak i ewentualnych współtowarzyszy ofiary. Pożyteczne i estetyczne zarazem...
Wynalazków zresztą w narciarstwie było co niemiara. Poza omawianymi już sprawami kijów, szczególnie wiele miejsca zajmowała w dyskusjach Klubu Narciarskiego sprawa zapobiegania ślizganiu się nart przy podchodzeniu, zwłaszcza na oblodzonych zboczach. Zwiększano tarcie za pomocą węźlicy ze sznurka albo wymyślonych przez Klimka Bachledę podwiązywanych do ślizgów drewnianych klocków, zwanych Klimkowymi wirstlami czy wreszcie fok - pasów futra, z włosem skierowanym do tyłu, także mocowanych do spodów nart: przy podchodzeniu foki hamowały, w zjeździe przeszkadzały tylko trochę. Bodaj czy nie najpraktyczniejszy był -choć niezbyt popularny - wynalazek dokonany w gronie współtowarzyszy Stanisława Barabasza: do narty pod butem na długości kilkunastu centymnetrów przymocowywano blachę, której wystające krawędzie zaginano na grubość narty, ostrzem w dół: tak przystosowane nart przy podchodzeniu idealnie trzymały się śliskiej nawet nawierzchni -wynalazca nie przeczuwał, że idąc dalej w tym kierunku za kilka lat alpejscy fachowcy wymyślą metalowe krawędzie.
Było to w każdym razie i praktyczniejsze i łatwiejsze do wykonania niż kombinacja nart z rakami, osiągana przez zamontowywanie z boków desek ostrych kolców...
W wynalazkach celował Zaruski. Niestety, zazwyczaj tylko on wysoko oceniał ich przydatność i umiał właściwie z nich korzystać. Mimo że publikował w czasopismach opisy swoich metod praktycznego przedłużania liny przy zejściu czy posługiwania się tatrzańskim telegrafem wzrokowym - niewiele osób używało tych, zwykle dość kłopotliwych, nowinek.
Innej natury narciarskim i taternickim "wynalazkiem" Zaruskiego były tworzone przezeń terminy, nazwy i pojęcia wzbogacające słownictwo w tych dziedzinach, a do dziś będące w powszechnym użyciu. Jego głównie zasługą jest oczyszczenie polskiej terminologii turystycznej z obcych, przede wszystkim niemieckich, naleciałości. Bezlitośnie tępił wszystkie rukzaki na rzecz plecaków, holwegi na rzecz wądroży, kleterki na rzecz trzewików itp. W początkach swej działalności walczył z określeniem "ski", nawet słowa "narta", "narciarz" uważał za obce, próbując zastąpić je wyrazami "łyżwica", "łyżwista". Ustąpił jednak, gdy polemiści wykazali średniowieczne, polskie pochodzenie wyrazu "narty".
Podstawową pomocą w rozwoju narciarstwa i w nadaniu mu w miarę bezpiecznego charakteru stał się opublikowany w 1913 roku Przewodnik po terenach narciarskich Zakopanego i Tatr Polskich Mariusza Zaruskiego. Był to pierwszy polski przewodnik zimowy po Tatrach, a towarzysząca mu mapa - pierwsza mapa terenów narciarskich, podawała główne stałe trasy przebiegu lawin. Dzisiejsze mapy, precyzyjnie ukazujące szlaki lawin (np. Tatrzański Park Narodowy,) są właśnie rozwinięciem tamtej, z Przewodnika Mariusza Zaruskiego.
Żadne jednak wynalazki, precyzyjne systemy organizacyjne, najdokładniejsze mapy i najpraktyczniejsze przewodniki nie mogły całkowicie wyeliminować niebezpieczeństwa dla zdrowia i życia, jakie dla turystów stwarzają góry. Ba, nie powinny nawet go eliminować - niebezpieczeństwo bowiem i walka z nim stanowić miały, według Zaruskiego, istotę taternictwa. Należały wszakże usunąć zagrożenia wynikające z nieprzygotowania, nieznajomości terenu i zwykłej ludzkiej głupoty. I wówczas dopiero można było stanąć z górami twarzą w twarz, obiektywnie porównać siły przyrody z siłami człowieka.

Spis treści   Dalej