Zaruski - na pokładzie ZawiszyDługie pożegnanie


Gdy podpisano traktat ryski i na wschodniej granicy Rzeczpospolitej umilkł szczęk oręża, Mariusz Zaruski osiadł w Warszawie, nie zapominając wszakże o Tatrach i pracy dla nich. Już w 1921 roku zgłosił władzom Towarzystwa Tatrzańskiego - które nareszcie otrzymało w nazwie upragnione przez założycieli określenie "Polskie" - projekt nowego systemu znakowania dróg. Szlaki należałoby, zdaniem Zaruskiego, oznaczać tylko dwoma kolorami: białym lub czerwonym. Oba te kolory są dobrze widoczne przy każdej pogodzie, poza tym nie płowieją. Szlaki prowadzące w dolinach lub kończące się przy schroniskach miały być oznaczone kolorem białym, a znaki czerwone wyprowadzałyby na grań. Projekt odrzucono jako niepraktyczny, ale dopiero w 1930 roku wprowadzono obowiązujący do dziś system, łączący kolor biały z żółtym, czerwonym, zielonym, niebieskim lub czarnym.
Po zmianie statutu PTT i utworzeniu oddziałów w miejscowościach skupiających większe liczby członków - Zaruski wstąpił do Oddziału Warszawskiego PTT, a 1 marca 1922 roku został wybrany członkiem zarządu Oddziału. Za sprawą działaczy OW PTT, głównie jego prezesa, wicemarszałka Sejmu, a potem prezesa ZG PTT - Stanisława Osieckiego - powstało pierwsze nowoczesne schronisko tatrzańskie - "Murowaniec" na Hali Gąsienicowej.
W styczniu 1923 roku premier generał Władysław Sikorski i marszałek sejmu Maciej Rataj w towarzystwie hrabiego Władysława Zamoyskiego zwiedzali tereny graniczące ze spornym nadal terytorium Jaworzyny Spiskiej. Relację o sytuacji na granicy zdawał premierowi komisarz graniczny Walery Goetel i major Bronisław Romaniszyn. Wizyta ta, rozbudziwszy nieuzasadnione nadzieje na wznowienie przegranej dyplomatycznie sprawy przynależności państwowej Doliny Białej Wody i Jaworowej, miała wszakże głównie charakter polityczny - Sikorski i Rataj spotkali się w Zakopanem z Wincentym Witosem, Stanisławem Osieckim, Stanisławem Thuguttem i krakowskim wojewodą Gałeckim dla omówienia kwestii rekonstrukcji gabinetu. Wkrótce zresztą po owym zakopiańskim spotkaniu stanowisko prezesa Rady Ministrów objął po Sikorskim - Witos.
Obaj ci wielcy politycy byli z Zakopanem blisko związani także prywatnie. Żona Sikorskiego, Helena, pochodziła z rodziny osiadłej w Zakopanem (dokładniej - była przybraną córką zakopiańczyków Olgi i Juliana Zubczewskich), często też Sikorscy odwiedzali teściów incognito. Witos zaś (a formalnie jego córka) był właścicielem willi "Przystań" w Zakopanem przy Drodze do Białego (dziś ul. M. Zająca 6).
Wielka polityka dotarła do Zakopanego także i z innej strony - w styczniu 1923 roku Mariusz Zaruski, już u stopniu pułkownika, został mianowany generalnym adiutantem Prezydenta Rzeczypospolitej. Po tragicznej śmierci Gabriela Narutowicza, stanowisko to piastował od niedawna Stanisław Wojciechowski.
Trudno się dziwić, że prezydent Wojciechowski, mając u swego boku tak wybitnego taternika i propagatora Tatr, jakim był Zaruski, darzył Zakopane i Tatry szczególną sympatią. Już w pierwszym roku sprawowania swego urzędu odwiedził Zakopane, spędzając tu w sierpniu kilka dni, m.in. uczestnicząc w poświęceniu nowego Szpitala Klimatycznego i kamienia węgielnego pod budowę sanatorium dziecięcego na Bystrem, a przede wszystkim - biorąc udział w jubileuszu 50-lecia Towarzystwa Tatrzańskiego. Generalny adiutant, towarzyszący wówczas Prezydentowi, skorzystał widać z okazji i po części oficjalnej pobytu "urwał się na wagary", gdyż "Gazeta Zakopiańska" z 1 września 1923 roku doniosła w kronice, że płk Mariusz Zaruski wraz z prof. Jerzym Linde spędzili 11 dni w Tatrach, wędrując z namiotem. Niemal co roku zresztą w ten sposób starał się Zaruski spędzać letni urlop.
Zakopane, po wojennych perypetiach, odzyskiwało dawną renomę i mimo kryzysów ekonomicznych liczba odwiedzających je gości stale rosła - w 1924 roku było już pod Giewontem blisko 30 tys. osób. Rozwój uzdrowiska przyniósł mu nowa funkcję - rozrywkową, czasem eufemistycznie nazywaną "wypoczynkową". Felietonista "Głosu Zakopiańskiego", komentując niepowodzenie kolejnego, urządzanego w sierpniu 1924 r. przez PTT "Tygodnia Tatrzańskiego", zapewne nie przypuszczał, że to, co już wówczas krytykował, w przyszłości stanie się normą w podgiewontowej stolicy: ...Do Zakopanego coraz mniej ludzi przyjeżdża dla Tatr i cudnej tatrzańskiej przyrody, a coraz więcej dla swobodnego używania i nadużywania życia, dla dancingów, dla flirtu, dla zabicia nudów.
Ruch turystyczny i taternicki wszakże rozwijał się, a ważnym momentem w tym rozwoju było zakończenie budowy schroniska "Murowaniec". Wizytując przebieg ostatniego etapu prac, w kwietniu 1925 roku odwiedzili Halę Gąsienicową Stanisław Osiecki i Mariusz Zaruski. 50-letni wówczas poseł i minister oraz 58-letni adiutant prezydencki nie chcieli widać być tylko "malowanymi działaczami" PTT, jeśli, dobrawszy sobie do kompanii "młodzika" - 40-letniego Stanisława Zdyba, dokonali pierwszego wejścia Zimowego na Zmarzłą Przełęcz od północy. Była to już ostatnia pionierska wyprawa Zaruskiego.
12 lipca 1925 roku prezydent Stanisław Wojciechowski w długiej nieprzemakalnej pelerynie wędrował w strugach deszczu przez Boczań na Halę Gąsienicową, w towarzystwie swego syna i córki oraz licznej świty, by dokonać uroczystego otwarcia nowego schroniska. Był także pierwszym gościem, który pozostał w "Murowańcu" na noc.
Lato 1925 roku zetknęło Mariusza Zaruskiego już po raz ostatni bezpośrednio z tragedią górską - najdziwniejszą może w historii TOPR-u, do dziś zresztą jednoznacznie nie wyjaśnioną.
5 sierpnia wracał z wycieczki przez Łysą Polanę. Był postacią znaną, już w stopniu generała, nadal zresztą nominalnie pełnił funkcję naczelnika Straży Ratunkowej Pogotowia. Podeszła doń wyglądająca jak widmo kobieta i opowiedziała najbardziej nieprawdopodobną historię, jaka kiedykolwiek wydarzyła się w Tatrach. Zaruski wezwał Pogotowie, które pod kierunkiem Oppenheima zniosło spod Lodowej Przełęczy zwłoki trzech mężczyzn: prokuratora Kasznicy z Warszawy, jego 12-letniego syna i taternika Ryszarda Wasserbergera. Lekarz klimatyczny dr Tadeusz Gabryszewski stwierdził zgon - nie udało się wszakże ustalić przyczyny...
Sprawa stała się głośna, podjęła ją prasa w całym kraju, prokuratura wszczęła śledztwo. Ustalono następujący przebieg wypadków: W Schronisku Tery'ego w Dolinie Pięciu Stawów Spiskich spotkała się rodzina Kaszniców, powracająca z turystycznej wycieczki znakowanym szlakiem ze Szmeksu przez Pięć Stawów Spiskich, Lodową Przełęcz do Doliny Jaworowej i na Łysą Polanę, z czwórką wytrawnych polskich taterników. Ponieważ taternicy ci wybierali się do Zakopanego także przez Lodową Przełęcz, Kasznica, niepewny widać swej znajomości drogi, zaproponował jednemu z nich - Ryszardowi Wasserbergerowi, by przeszli tę trasę wspólnie. Młody człowiek z ochotą się zgodził i obiecał służyć wszelką pomocą.
Nazajutrz, przy złej pogodzie, oba zespoły wyruszyły razem w drogę powrotną do Polski. Tworzyli grupę bardzo niezgraną. Kasznicowie szli źle, powoli, w dodatku warszawski prokurator byl krótkowidzem i miał stale kłopoty z zalewanymi deszczem okularami. Taternikom łatwa droga dłużyła się, dokuczało zimno. Wasserberger, wziąwszy na siebie trud odbywania męczącej swą powolnością wędrówki wspólnie z niewprawnymi turystami, zaproponował, że on dalej będzie pilotował Kaszniców, natomiast coraz wyraźniej irytujący się jego koledzy niech idą szybciej naprzód. Trójka taterników - Alfred i Jan Alfred Szczepańscy oraz Stanisław Krystyn Zaremba - z ochotą przystali na tę propozycję i poszli prędzej, docierając bez przeszkód na noc do Zakopanego. Postąpiono zatem wbrew podstawowej regule turystyki górskiej: razem wychodzimy - razem wracamy i nie rozdzielamy się ani na chwilę na odległość większą niż zasięg wzroku czy głosu. Zastosowanie się do tej reguły, być może, pozwoliłoby uniknąć tragedii.
Choć, kto wie ? Może wówczas byłaby ona jeszcze większa?
Na Lodowej Przełęczy, którą czwórka turystów osiągnęła w czasie dwukrotnie dłuższym od przewodnikowego - uderzył im w oczy huraganowy wiatr, niosąc ostre krupy i grad. Wasserberger prosił o pośpiech - wiedział, że im niżej, tym siła wiatru będzie słabsza. Poniżej przełęczy 12-letni chłopiec zaczął uskarżać się na zmęczenie i trudności w oddychaniu. Matka wzięła więc odeń plecak, a Wasserberger pomagał mu przy schodzeniu. W pobliżu Żabiegu Stawu Jaworowego - a więc blisko 500 metrów poniżej przełęczy, w miejscu w zasadzie zupełnie łatwym, starszy Kasznica usiadł, twierdząc, że jest tak zmęczony, iż dalej nie może iść. Wasserberger, najsilniejszy w zespole i doświadczony wspinacz - słaniał się na nogach i także nie mógł zrobić ani kroku. Podtrzymywał tylko chłopca. Kasznicowa zaprowadziła taternika i syna o kilkanaście kroków od ścieżki i posadziwszy pod wielkim głazem osłaniającym od wiatru - dała im na wzmocnienie odrobinę koniaku, a chłopcu - czekoladę. Wróciwszy do męża stwierdziła, że był niemal nieprzytomny. Z trudem zmusiła go do wypicia łyku koniaku. Powróciwszy pod głaz, zobaczyła, że syn jest nieprzytomny, a Wasserberger, choć próbuje wstać, nie reaguje na wypowiadane doń słowa i majaczy. Podbiegła znów do męża - był martwy. Wróciła do syna - i ten nie dawał już oznak życia. Wasserberger w agonii wstał, po czym przewrócił się na kamienie, kalecząc się w głowę i rękę. Po chwili i on przestał oddychać.
Trzydzieści siedem godzin spędziła niemal bez ruchu nieszczęśliwa kobieta pomiędzy zwłokami męża, syna i przygodnie spotkanego taternika - czekając na swoją z kolei śmierć, nie mając odwagi odejść, nic nie jedząc, grzejąc się tylko kocem i maszynką spirytusową. Nadto - niczego nie rozumiejąc - ani tego, co się właściwie stało, ani dlaczego tak się stało: przeżyła wszystkich, nie odczuwała żadnych, poza zmęczeniem, dolegliwości, a przecież była z nich najsłabsza... Wreszcie półprzytomna zeszła do Łysej i, spotkawszy generała Zaruskiego, opowiedziała mu całą historię.
Snuto rozmaite przypuszczenia, wysuwano najdziksze hipotezy, najczęściej oskarżając Kasznicową otrucie męża, syna i Wasserbergera. Przeprowadzona sekcja zwłok nie potwierdziła tej hipotezy. Mówiono o trąbie powietrznej, która miała wytworzyć coś w rodzaju wypełnionej próżnią dziury, w którą dostawszy się, mężczyźni się udusili, czy też o huraganie, który wiejąc prosto w twarz uniemożliwił oddychanie. Czemu jednak kataklizmowi nie uległa pozostająca przecież w takich samych warunkach kobieta? Zresztą trudności z oddychaniem miał tylko chłopiec, a i to kilkaset metrów wyżej, gdzie wiatr był istotnie silny. Najrozsądniej brzmiały tłumaczenia, że przyczyną śmierci był ów nieszczęsny koniak, którego kilka kropel wypił każdy z mężczyzn, a kobieta - nie. Mała nawet dawka alkoholu, po dużym wysiłku fizycznym i wywołanym przez nie zmęczeniu, może być zabójcza i wywołać wstrzymanie akcji serca.
Słabym punktem tej hipotezy jest to, że - jeśli wierzyć opowiadaniu Kasznicowej - wszyscy mężczyźni byli niemal nieprzytomni zanim podała im koniak, nadto śmierć, choć nastąpiła szybko, to jednak nie momentalnie, jak miałyby miejsce, gdyby jej przyczyną był szok wywołany alkoholem.
Tragedia w Dolinie Jaworowej pozostała tajemnicą gór. Równie zagadkową sprawą jest jednak zachowanie się trzech taterników - towarzyszy Wasserbergera. Już nawet nie chodzi tu o pozostawienie najmłodszego i najmniej z całego zespołu doświadczonego z trójką słabeuszy. Zagadką jest to, że nie zaniepokoiła ich trwająca dwie doby nieobecność kolegi, którego opuścili w sytuacji mogącej wywołać zaniepokojenie...
Józef Oppenheim, faktycznie kierujący Pogotowiem od 1914 roku, formalnie zastąpił Zaruskiego na stanowisku Naczelnika TOPR-u w 1926 roku. Generał miał coraz mniej czasu, coraz to inne sprawy go absorbowały. Nie zrywał bynajmniej z Tatrami i Zakopanem, jednakże chmury nad politycznym horyzontem zatrzymywały go w Warszawie. W kwietniu 1926 roku, a więc przed przewrotem, Mariusz Zaruski przeniesiony został w stan spoczynku i opuścił Belweder. Majowy zamach stanu Józefa Piłsudskiego, w wyniku którego legalnie rządzący prezydent został zmuszony do ustąpienia, postawił w szczególnie przykrej sytuacji jego byłego adiutanta, w swoim czasie przecież oficera legionowego i podkomendnego Marszałka. W efekcie Zaruski, choć nie przeciwstawił się czynnie Komendantowi, nie poparł jednak pomajowych przywódców. Mimo wszystko niezbyt długo korzystał z "zasłużonego wypoczynku" na emeryturze. Już w 1927 roku objął stanowisko starosty morskiego w Wejherowie. Choć okazało się, że praca w administracji państwowej niezbyt mu odpowiadała i jako starosta nie radził sobie dobrze - pozwoliło mu to jednak powrócić do dawniejszej, przedtatrzańskiej pasji - miłości do morza. Już przecież w 1923 roku był współtwórcą polskiego Yacht-Clubu, a dwa lata później pływał z 4-osobową załogą do Szwecji na jachcie "Witeź".
16 lutego 1927 roku Mariusz Zaruski został sekretarzem generalnym Komitetu Floty Narodowej, potem, w latach 30. faktycznie kierował pracami Ligi Morskiej i Kolonialnej.
Właśnie w charakterze sekretarza generalnego KFN wystąpił w sierpniu 1929 roku Zaruski w Zakopanem w sali "Sokoła" na akademii poświęconej sprawom morskim. W części artystycznej wystąpił chór "Echo Tatrzańskie", kierowany przez Józefa Mistrzyka, zakopiańskiego organistę. Z inspiracji Zaruskiego w rok później pod kierunkiem wybitnego działacza społecznego, nauczyciela i dyrektora Związku Przyjaciół Zakopanego - Artura Seelieba powstało w zakopiańskim gimnazjum koło Ligi Morskiej i Rzecznej. Seelieb został zaś mianowany za sprawą Zaruskiego członkiem-korespondentem Komitetu Floty Narodowej na Zakopane. Pod Giewontem mówiono, że nie mógł generał wynaleźć lepszego ambasadora spraw morskich w Tatrach. Przynajmniej jeśli chodzi o nazwisko.
W kwietniu 1930 roku Zaruski zawitał ponownie na dłuższy pobyt do Zakopanego. Zamieszkał wtedy w nowym, otwartym zaledwie przed rokiem pensjonacie Heleny Erlichówny "Carlton" (dziś pod tą samą nazwą, ul. Grunwaldzka 11). Był to wówczas punkt, gdzie zatrzymywała się elita - przynajmniej ta jej część, która nie mieszkała w równie ekskluzywnym hotelu "Bristol" pod Antałówką. W "Carltonie" mieszkali Kornel Makuszyński, muzykolog Zdzisław Jachimecki, ba! - nawet aktorka filmowa Krysta Ankwicz, przedtem rodowita zakopianka Krystyna Szyjkowska. Generał wykorzystał swój pobyt w Zakopanem do przeprowadzenia reorganizacji najbliższej sobie organizacji społecznej - Tatrzańskiego Ochotniczego Pogotowia Ratunkowego.
13 kwietnia 1930 roku odbyło się walne zebranie członków Pogotowia pod przewodnictwem Zaruskiego, który zaproponował szereg zmian organizacyjnych. Najważniejszą stało się przyłączenie TOPR do Polskiego Towarzystwa Tatrzańskiego i utworzeni zeń osobnej Sekcji Ratowniczej, a także wprowadzenie uroczystej, pisemnej przysięgi członków Pogotowia, umieszczonej w specjalnej księdze. Na tymże zebraniu Mariusz Zaruski został honorowym prezesem TOPR-u i honorowym naczelnikiem Straży Czynnej. Wiceprezesami zostali długoletni lekarz Pogotowia dr Wacław Kraszewski i przewodnik Jędrzej Marusarz. Naczelnikiem urzędującym pozostał Józef Oppenheim.
W latach 30. dawny taternik przedzierzgnął się całkowicie w wilka morskiego, zwłaszcza gdy 3 maja 1935 roku Główna Kwatera Harcerstwa zaproponowała mu objęcie stanowiska kapitana flagowego statku ZHP. Zaruski propozycję przyjął, doprowadził do zmiany pierwotnej nazwy jednostki flagowej "Petrea" na "Zawisza Czarny" i pływał na szkunerze do końca okresu międzywojennego. Pełniąc funkcję kapitana "Zawiszy" i komandora Harcerskiego Kręgu Morskiego nie zapominał o przyjaciołach taternikach, goszcząc ich często na pokładzie swego statku, a także żegnając w Gdyni wyprawy polskich alpinistów wyruszających na podbój gór wysokich w świat.
Gdy wybuchła II wojna światowa, 72-letni generał nie opuścił kraju, lecz dzięki przyjaciołom znalazł schronienie we Lwowie. Dysponował "lewymi" dokumentami na nazwisko docenta Spirydowicza, kierownika lwowskiego Ogrodu Botanicznego. W lutym lub marcu 1940 roku został przez władze radzieckie aresztowany wraz z żoną. Zmarł w kwietniu 1941 roku w szpitalu w Chersoniu, w pobliżu tak bliskiej mu Odessy. Tam też został pochowany. Izabela Zaruska po wojnie powróciła do Warszawy. Zmarła w 1971 roku w wieku 91 lat.
Dom TurystyW Zakopanem nie zapomniano o generale - twórcy tatrzańskiego narciarstwa i pogotowia ratunkowego, współtwórcy zakopiańskiej legendy. 12 kwietnia 1947 roku Miejska Rada Narodowa podjęła decyzję o zmianie nazwy ulicy Ogrodowej (dokładniej - części tej ulicy) na ulicę Mariusza Zaruskiego. Naprzeciw willi "Krywań" wybudowano w latach 1953-59 stylowy Dom Turysty PTTK i nazwano go imieniem Zaruskiego. 23 października 1965 roku na ścianie tego budynku odsłonięto tablicę pamiątkową. Wcześniej jeszcze, 20 września 1959 roku tablicę taką odsłonięto na domu Zaruskich w Warszawie, przy ul. Krasińskiego 5.
Wreszcie stołeczny oddział Komisji Turystyki Górskiej PTTK wystąpił z projektem ustawienia symbolicznego nagrobka Mariusza Zaruskiego na zakopiańskim starym cmentarzu. Grobowiec zaprojektował profesor szkoły im. Kenara Antoni Grabowski, a wykonali go w głazie przywiezionym z Doliny Rybiego Potoku - góralscy rzeźbiarze Władysław Łukaszczyk i Franciszek Król. Tablicę, wykonaną przez turystów-hutników z huty "Małapanew" w Ozimku, odsłonił przewodniczący Tablica na symbolicznym grobiePrezydium Miejskiej Rady Narodowej w Zakopanem Franciszek Gach 13 czerwca 1971 roku. Napis na tablicy głosi: Gen. Mariusz Zaruski, 1867-1941, człowiek gór, twórca Tatrzańskiego Ochotniczego Pogotowia Ratunkowego, taternik, żeglarz, pisarz. W roku jubileuszu 130-lecia urodzin generała, z Chersonia przywieziono urnę z prochami z grobu, w którym pochowany został Mariusz Zaruski i w Święto Niepodległości, 11 listopada 1997 r. umieszczono ją w mogile na Pęksowym Brzyzku.
Choć symboliczny, ale tatrzański grobowiec, o którym marzył - znalazł się w Zakopanem.

Spis treści   Dalej