W Tatrach
3 stycznia 1904 roku Mariusz Zaruski z pięcioma kolegami -
studentami z Krakowa dokonali pierwszego zimowego wejścia na
Giewont. Szli od Kondratowej. Od Piekiełka do Przełęczy
Kondrackiej w zlodowaciałym śniegu trzeba było rąbać
stupaje. Trzy dni później Zaruski z Wiesławem Kopczyńskim
byli na Kasprowym Wierchu - przed nimi tę dziś
najpopularniejszą górę Polski zwiedził w zimie tylko Karol
Potkański z przewodnikami w latach 90. XIX wieku. Kasprowy był
najprawdopodobniej pierwszym polskim szczytem tatrzańskim
zwiedzanym w zimie.
27 marca z Teodorem Czarneckim i Michałem Bojczukiem przeszedł
Zaruski przez oblodzony Zawrat na nocleg do Doliny Pięciu
Stawów, gdzie schronisko im. Ludwika Zejsznera było oczywiście
na głucho zamknięte. Nazajutrz doszli Doliną Roztoki koło
Siklawy do gościńca i dalej - do Morskiego Oka.
Wszystkie te wycieczki Mariusza Zaruskiego - pierwsze, o których
mamy relacje - odbyły się w trudnych, zimowych warunkach bez
udziału fachowego góralskiego przewodnika. Tendencja
usamodzielniania się taterników pojawiła się w polskiej
turystyce dopiero z początkiem XX wieku.
Organizacją ruchu turystycznego, uprzystępnianiem Tatr, budową
ścieżek i schronisk zajmowało się już od wielu lat
Towarzystwo Tatrzańskie. Zasłużona ta organizacja - pierwsza
na ziemiach polskich zrzeszająca turystów - powstała w 1873
roku. 3 sierpnia tego roku w letnim pawilonie Ludwika Eichborna,
ówczesnego właściciela dóbr zakopiańskich, usytuowanym w
Zwierzyńcu, gdzie dla rozrywki trzymano dawniej nieliczne sarny,
jelenie i daniele (dziś w miejscu tym znajdują się zabudowania
dyrekcji Tatrzańskiego Parku Narodowego i Centralnego Ośrodka
Sportowego), odbyło się przyjęcie na cześć bawiącego pod
Giewontem z sąsiedzką wizytą właściciela Szczawnicy Józefa
Szalaya. W przyjęciu tym wzięli udział: kapitan wojsk
austriackich i poseł Feliks Pławicki, adwokat Stanisław
Biesiadecki, dr Bolesław Lutostański - lekarz i redaktor
czasopisma "Zdrojowiska" oraz dr Tytus Chałubiński,
ks. Józef Stolarczyk, Szalay i Eichborn. Do grona
współtwórców pierwszych dokumentów Towarzystwa
Tatrzańskiego (początkowo władze nie chciały zgodzić się na
ponadzaborowy charakter organizacji i jej twórcy dopisali do
nazwy przymiotnik Galicyjskie) zaliczyć należy takie Eugeniusza
Janotę, Walerego Eljasza i Maksymiliana Nowickiego.
Na przyjęciu u Eichborna Feliks Pławicki podał projekt, by
grono miłośników Tatr stworzyło zwartą, ogólnopolską
organizację. Obecni w Zwierzyńcu przyklasnęli pomysłowi i
wkrótce już Towarzystwo Tatrzańskie objęło swoim zasięgiem
wszystkie ziemie polskie, a liczba jego członków zaczęła
gwałtownie wzrastać. Położyło ono ogromne zasługi dla
spopularyzowania Tatr w społeczeństwie polskim, budowało
ścieżki i schroniska, inicjowało i popierało badania naukowe,
w samym Zakopanem zaś tworzyło podwaliny cywilizacji
układając chodniki, instalując pierwsze, naftowe oświetlenie
uliczne, doprowadzając linię telegraficzną, a takie budując
Dwór Tatrzański, stanowiący najważniejszy w XIX wieku
ośrodek kulturalny i hotelowo-usługowy Zakopanego. Zasługą
Towarzystwa Tatrzańskiego jest wreszcie stworzenie pierwszej na
Podhalu szkoły zawodowej - Szkoły Przemysłu Drzewnego,
nazywanej początkowo snycerską czy rzeźbiarską, którą, przy
kompletnym braku poparcia czy choćby zainteresowania ze strony
czynników miejscowych, Towarzystwo powołało do życia,
opłacało ze swoich funduszy nauczycieli, lokal, światło i
opał, wreszcie na własnej parceli zbudowało za swoje
pieniądze wielki budynek szkolny, do dziś służący uczniom
zakopiańskiej "budowlanki".
Nade wszystko jednak - choć nie uwidoczniono tego oficjalnie w
żadnym statucie - było Towarzystwo organizacją narodową,
patriotyczną, łączącą w pracy dla polskich Tatr Polaków
podzielonych kordonami przez zaborców. Wspólne dla wszystkich
Polaków było bowiem umiłowanie Tatr - tych Tatr, które
dzięki literaturze i sztuce - dziedzinom także objętym
patronatem TT - stały się u schyłku XIX wieku synonimem
niezniszczalnej polskości, czyniąc z Zakopanego Mekkę
patriotów polskich.
Obarczone dziesiątkami spraw programowy i organizacyjnych
wielkich i drobniejszych, których nie sposób tu wymieniać,
borykające się z kłopotami finansowymi, stale zadłużone i
obciążone licznymi inwestycjami - nie mogło Towarzystwo
Tatrzańskie zajmować się szerzej funkcjonowaniem społecznym
turystyki tatrzańskiej i kształtowaniem przyszłościowego
modelu tej turystyki. Z początkiem XX wieku zresztą Towarzystwo
przeżywało wyraźny kryzys organizacyjny i personalny, stając
się obiektem licznych krytyk i utyskiwań.
Sprawy przyszłości turystyki tatrzańskiej często poruszało
natomiast ukazujące się od 1899 roku w Zakopanem pismo
"Przegląd Zakopiański". Latem 1900 roku redaktor
"Przeglądu" Dionizy Bek (1865-1907), który z powodu
choroby płuc, a niemniej - ogromnego zaangażowania w liczne
sprawy społeczne Zakopanego, sam nie był wybitnym taternikiem
(nawet w ówczesnym, rozciągliwym pojęciu tego słowa) -
inicjuje dyskusję na temat przyszłości polskiej turystyki
tatrzańskiej. W kilku artykułach zarzuca turystom cherlactwo i
unikanie trudniejszych wycieczek, a także apeluje o
uniezależnienie się od opieki góralskich przewodników.
Jednocześnie na łamach tygodnika znajdują odzwierciedlenie
tendencje wręcz przeciwne: dr Zofia Daszyńska-Golińska w 1901
r. pisała:
Wycieczki górskie z dowodów siły, dzielności i odwagi,
zamieniają się w zwykłe, wygodne podróże, które odbywać
może kto posiada odpowiednią kwotę monety... Kolej elektryczna
z Zakopanego na Świnicę czy Kozi Wierch udostępni, a
jednocześnie spopularyzuje nasze szczyty. Więcej niż koleje,
ograniczone warunkami przestrzeni, dokonać mogą balony,
których kierownictwo rozwiąże zapewne najbliższe jutro.
Kilka numerów później redakcja proponuje, żeby
Towarzystwo Tatrzańskie sporządziło na razie chociażby dwie
lektyki do wynoszenia na góry turystów, którzy bądź to ze
względu na wiek, bądź to ze względu na zdrowie, nie mogą
wyjść na nie pieszo, bądź wyjechać na koniu.[...] Przez
majętniejszych turystów byłyby one używane bez wątpienia do
wycieczek np. do Czarnego Stawu pod Kościelcem, na Czerwone
Wierchy, do Czarnego Stawu nad Morskim Okiem, na Miedziane, do
Siklawy itp. Wynajem lektyk opłaciłby ich koszta. Należałoby
tylko unormować ceny dla tragarzy itp.
Dodać można, że udawanie się w góry konno nie należało
wcale do rzadkości - gustowała w takiej turystyce np. Helena
Modrzejewska - a Towarzystwo Tatrzańskie przez wiele lat
prowadziło w swoim Dworcu wypożyczalnię siodeł - sprzętu na
Podhalu dość egzotycznego.
Także w 1901 roku przedmiotem dyskusji staje się projekt
wybudowania pięknego i trudnego graniowego szlaku, wysunięty
przez poetę Franciszka Henryka Nowickiego. Szlak ten, znany jako
"Orla Perć", miał prowadzić od Polany pod
Wołoszynem przez Wołoszyn, Buczynowe Turnie, Granaty, Kozie
Wierchy do Zawratu - i dalej, przez Świnicę i Czerwone Wierchy
do Kościeliskiej Doliny. Od Świnicy odgałęzienie szlaku
prowadzić miało przez Walentkową, Kotelnicę i Szpiglasowy
Wierch do Wrót Chałubińskiego. Gotowość do praktycznego
zrealizowania idei Nowickiego zgłosił wybitny turysta ksiądz
Walenty Gadowski. Propozycję tę przedłożył kierownictwu
Towarzystwa Tatrzańskiego, prosząc o subwencjonowanie
niezbędnych prac technicznych. Początkowo środowisko
turystyczne odniosło się do projektu niechętnie. Jego
realizacja miała pociągać za sobą znaczne koszty - na
eksplorację dziewiczego jeszcze terenu, a budowę sztucznych
ułatwień i wytyczanie szlaku. Taternicy - wśród nich ci
najwybitniejsi z Januszem Chmielewskim na czele - dowodzili nie
bez racji, że perć tego typu będzie musiała omijać
najtrudniejsze partie, czasem wręcz schodzić nisko z grani
szczytowej -- straci zatem w praktycznej realizacji swój
teoretycznie największy walor - charakter widokowo pięknej
podniebnej wędrówki i przestanie w istocie być
"orlą". Mówiono też, że dla przeciętnego turysty
droga ta, mimo zamontowanych wielkim nakładem sił i środków
klamer, drabin i łańcuchów będzie i tak zbyt trudna i
niebezpieczna, zaś dla prawdziwych taterników żadne sztuczne
ułatwienia nie są potrzebne.
W efekcie Orla Perć jednak powstała, jako wynik pewnego
kompromisu: koszty poniosło Towarzystwo Tatrzańskie na
spółkę z ks. Gadowskim, który sam kierował budową w latach
1903-06. Szlak poprowadzono od Polany pod Wołoszynem do Zawratu,
rezygnując z odgałęzienia do rejonu Morskiego Oka. W związku
z utworzeniem rezerwatu ścisłego w rejonie Wołoszyna i
Koszystej - Orla Perć dziś jest zwiedzana tylko od Krzyżnego
do Zawratu, naturalnym zaś jej przedłużeniem jest szlak
graniowy przez Świnicę, Kasprowy Wierch i Czerwone Wierchy.
Główny przeciwnik budowy tego szlaku Janusz Chmielowski z
czasem zmienił zdanie i poparłszy projekt współdziałał z
Gadowskim w jego realizacji. Syn związanego przez wiele lat z
Zakopanem historyka literatury Piotra Chmielowskiego, od dziecka
chodził w Tatry i stał się jednym z najznakomitszych
taterników swojej epoki. Zdobywca wielu, już ostatnich; nie
zwiedzanych dotąd wybitnych szczytów (Zadni Gierlach, Orla
Baszta, Rumanowy, Kaczy Szczyt, Zadni Mnich, Niżnie Rysy, Wyżni
Żabi Szczyt, Żabi Mnich, Żabia Lalka - w latach 1891908j stał
się także jednym z pionierów taternictwa zimowego, wchodząc w
1905 roku Żlebem Karczmarza na Gierlach. Chmielowski też
zaczął propagować podejmowanie wycieczek, w tym
najtrudniejszych, bez udziału przewodników góralskich.
Jego śladem poszli inni najwybitniejsi taternicy tamtej epoki.
Oni właśnie stali się głównymi respondentami ankiety, jaką
na temat przyszłości turystyki tatrzańskiej rozpisał w 1901
roku "Przegląd Zakopiański". Wyniki tej ankiety - w
której wypowiedziano się przede wszystkim za powołaniem
organizacji zrzeszającej czynnych taterników - podsumowano na
naradzie zwołanej przez Dionizego Beka w marcu 1902 roku. W
efekcie jeszcze w tym samym roku powstał tymczasowy zarząd
nowej organizacji, którą oficjalnie zatwierdzono 27 kwietnia
1903 roku jako Sekcję Turystyczną Towarzystwa Tatrzańskiego.
Prezesem ST TT, liczącej początkowo 38 członków, został
Janusz Chmielowski.
Taką to sytuację w taternictwie zastał Mariusz Zaruski w
momencie, gdy przeniósł się do Zakopanego. Towarzystwo
Tatrzańskie, w którego spisach członków od 1905 roku figuruje
Zaruski Mariusz, art. malarz w Zakopanem, było nadal
organizacją popularną i, mimo że funkcje prezesów sprawowali
zwykle ludzie z hrabiowskimi tytułami, dość demokratyczną.
Liczyło 1326 członków, w tym 76 kobiet. Wśród członków
było 50 mieszkańców Zakopanego i Skalnego Podhala, ale tylko 7
górali. Przeważali ludzie wolnych zawodów. Sporo było lekarzy
i nauczycieli, w jego skład schodzili także właściciele
majątków, kapitaliści, kupcy, urzędnicy i akademicy. Wielu
było ludzi sztuki i sporo rzemieślników. Zgodnie obok siebie -
Przywódca PPSD Ignacy Daszyński z Krakowa, przywódca endecji
Roman Dmowski ze Lwowa i... Mordko Flajszer ze Szczebrzeszyna...
Początkowo równie otwarta była Sekcja Turystyczna TT.
Zapisywał się kto chciał, a każdy nowy członek przyjmowany
był chętnie. Działaczami owego pierwszego okresu ST TT byli
m.in. Roman Kordys, Zygmunt Klemensiewicz, Mieczysław
Karłowicz, Kazimierz Panek i Mariusz Zaruski. W 1908 roku Sekcja
przekształciła się w klub taternicki, do którego członków
przyjmowano dopiero po wykazaniu się odpowiednimi
kwalifikacjami. Stało się to jedna z przyczyn rozdźwięków
między Zaruskim a zarządem ST TT.
Poza angażowaniem się w sprawy organizacyjne Towarzystwa
Tatrzańskiego i rozmaitych jego sekcji, Mariusz Zaruski od 1904
roku rozpoczął bardzo intensywną działalność taternicką i
turystyczną. Z nielicznymi wyjątkami chodził na wyprawy bez
góralskiego przewodnika - częściej sam szkolił przewodników
w posługiwaniu się sprzętem turystycznym i - później -
ratowniczym, a także w jeździe na nartach. Najczęściej
wspinał się w 2-3-osobowych zespołach, a towarzyszami jego
wypraw byli Henryk Bednarski, Józef Borkowski, Janusz
Chmielowski, Teofil Janikowski, Wanda Jerominówna, Gustaw
Kaleński, Mieczysław Karłowicz, Roman Kordys, Ignacy Król,
Józef Lesiecki, Leon Loria, Rafał Malczewski, Jan Małachowski,
Józef Oppenheim, Stanisław Osiecki, Izabela Zaruska, Stanisław
Zdyb, Aleksander Znamięcki, Jerzy i Janusz Żuławscy i wielu
innych.
Samotnie w zasadzie nie chodził - w każdym razie odnotował
tylko dwa samotne wejścia - na Zawiesistą Turnię i na Krokiew.
W taternictwie letnim należał do czołowej grupy wspinaczy,
choć pod względem pionierskich wejść na szczyty i przejść
grani czy ścian wielu go przewyższało. Jest wszakże autorem
kilkunastu pionierskich letnich dróg - trudnych i bardzo
trudnych, najczęściej stanowiących warianty już
istniejących. Szczególnie bogate w tego rodzaju wyprawy były
dla Zaruskiego lata 1908-11, kiedy to w 1908 roku wszedł m.in.
na Mnicha nowym wariantem na północnej ścianie z pierwszym
zejściem południową granią, na Mięguszowiecki Szczyt Czarny
nową drogą od północy, na Żabią Lalkę, uczestnicząc w
nowym wejściu i pierwszym zejściu południowo-zachodnią
granią, w 1909 r. - na Mylną Przełęcz częściowo nową
drogą wprost od Czarnego Stawu Gąsienicowego, na Ostry Szczyt
nowym wariantem słynnej z trudności południowej ściany, na
Jaworowy Szczyt nowym wariantem na północnej ścianie z nowym
zejściem ku południowemu wschodowi, na Staroleśną
Szczerbinę, dokonując pierwszego wejścia z Doliny
Staroleśnej. W 1910 roku uczestniczył w kilku pierwszych
wejściach w Grani Apostołów na Niżnim Żabim Szczycie.
W tymże roku pokonany został kolejny próg trudności
taternickich: 23 lipca czterej współtowarzysze wielu wypraw
Zaruskiego - Henryk Bednarski, Józef Lesiecki, Leon Loria i
Stanisław Zdyb weszli po kilku nieudanych próbach na Zamarłą
Turnię południową Ścianą, wprost z Pustej Dolinki. Drogę te
uznano wówczas za najtrudniejszą z pokonanych w Tatrach.
Mariusz Zaruski z Aleksandrem Znamięckim dokonali trzeciego
przejścia tej słynnej, a dziś tak popularnej trasy
wspinaczkowej.
Nie szukał sztucznych, wydumanych trudności na wspinaczkach,
choć trudnych dróg nie unikał, a nawet w ich pokonywaniu
widział środek wychowawczy dla młodego pokolenia. Był jednak
zdecydowanym przeciwnikiem taternictwa sportowego, bijącego
rekordy szybkości i szukającego nowych dróg - nie dlatego, że
piękne, nawet nie dlatego, ze trudne - tylko ze
"nowe". W okresie gwałtownego rozwoju taternictwa
współzawodniczego pisał w dwutygodniku "Zakopane":
Mamyż trudy ponosić i narażać się na niebezpieczeństwo
tylko dlatego, żeby o pół głowy wyprzedzić turystę, który
sam chce nas o pół głowy wyprzedzić? Omijać nieznane nam
najpiękniejsze szczyty, wycierać natomiast bokami mokre,
obskurne kominki tylko dlatego, że na tych szczytach przed nami
byli już ludzie, w kominku zaś jeszcze nikogo nie było? A
cóż mi do tego, że tam przede mną stu ludzi już było,
jeżeli ja tam jeszcze nie byłem? Wszak każdy, dla mnie nowy
zakątek w Tatrach, daje mi nowe wrażenia, bez względu na to,
czy idę tam jako pierwszy, czy jako setny - i to mi powinno
wystarczyć, jeśli mam duszę czującą .
Największe osiągnięcia miał jednak Zaruski w dziedzinie
taternictwa zimowego. Było ono wówczas u progu swego rozwoju.
Tatry stały zimą puste, rzadko kto w nie zaglądał dalej niż
do Czarnego Stawu Gąsienicowego: krótki dzień, całkowity brak
zaopatrzonych na zimę schronisk, powszechna ignorancja w
dziedzinie narciarstwa i związane z tym trudności w poruszaniu
się w głębokim śniegu powodowały, że zimowej turystyki
imało się nieliczne tylko grono zapaleńców. Dodatkową
trudność dla wielu potencjalnych turystów stwarzało to, że w
Zakopanem nie było przewodników obznajomionych z Tatrami pod
śniegiem i w związku z tym niewielu podejmowało się
prowadzić na zimowych wyprawach. "Tatrzański orzeł"
- Klimek Bachleda był i w tej dziedzinie wvjątkiem.
Przeceniając trudy fizyczne taternictwa zimowego - nie
orientowano się w prawdziwym niebezpieczeństwie, jakie dla
turystów stanowią lawiny śnieżne. Dopiero Mariusz Zaruski,
jako jeden z pierwszych, badał i opisał to zjawisko w Tatrach.
Nie ustrzegło to jednak przed śmiercią w lawinie jednego z
jego najbliższych współtowarzyszy - Mieczysława
Karłowicza...
W XIX wieku wycieczki zimowe były ewenementami, które opisywano
w czasopismach jako niesłychanie odważne i trudne eksperymenty.
Takim też, według ówczesnego stanu turystyki, w istocie były
nawet wyprawy gościńcem do Morskiego Oka w latach 90.
Brawurową zgoła była w 189 roku dwudniowa wycieczka przez
Zawrat i Świstówkę do Morskiego Oka, z noclegiem w Dolinie
Pięciu Stawów, podjęta przez Jana Grzegorzewskiego z
przewodnikami i towarzyszami, wśród których była nawet jedna
kobieta. Ta wyprawa za cel - a może pretekst tylko? - miała
badania naukowe, które prowadził i opisał jej kierownik.
Natomiast czysto turystyczny charakter miały podejmowane także
w latach 90. Wyprawy zimowe wybitnego historyka Karola
Potkańskiego na Krzyżne, Kasprowy Wierch, Goryczkową
przełęcz i Czerwone Wierchy. Następna epokę w poznawaniu
zimowych Tatr otworzyła dopiero działalność twórców
polskiego narciarstwa.
Zaruski wszakże pierwsze swoje zimowe wyprawy podejmuje bez
nart. Jeszcze w 1904 roku dokonuje pierwszych wejść na Giewont,
Kopę Magury, Liliowe, Pośrednią i Skrajną Turnię.
Przy kompletnej nieznajomości Tatr w zimie przez większość
ówczesnych taterników, niemal każda podejmowana w owych latach
wyprawa po śniegu miała pionierski charakter. W dziejach
taternictwa zimowego nazwisko Zaruskiego zapisane jest złotymi
zgłoskami - przeszło 20 szczytów zwiedził w zimie jako
pierwszy, pierwszy przeszedł kilkanaście przełęczy, grani i
tras turystycznych. Tam, gdzie nie był jako pierwszy - był
zwykle w drugiej lub trzeciej grupie zimowych zdobywców. Często
jako pierwszy wchodził na szczyty na nartach.
Przełomowe w dziejach taternictwa było pierwsze zimowe wejście
na Kozi Wierch, dokonane 3 kwietnia 1907 roku wspólnie z
Józefem Borkowskim. Zaruski z towarzyszem weszli na Zawrat na
nartach (pierwsze narciarskie przejście) i zjechali do Doliny
Pięciu Stawów na nocleg w zasypanym po dach schronisku.
Dostawszy się do wnętrza przez wykopany w śniegu tunel
stwierdzili, że w schronisku nie ma ani odrobiny drewna na
opał. Gęsto rosnące w dolinie krzaki kosówki gładko
przykryła gruba warstwa śniegu. Z biedą nazbierali kilka
gałęzi na marne ognisko i, przespawszy chłodną noc,
nazajutrz, przy pięknej pogodzie weszli po 3 i pół godzinie na
Kozi Wierch, starannie omijając grożące niebezpieczeństwem
lawin żleby. Ostatnie 10 metrów trzeba było przebyć bez nart,
ze względu na stromiznę i brak śniegu w partiach szczytowych.
Pyszna i emocjonująca była jazda spod wierzchołka Koziego do
Doliny Pięciu Stawów, za to mozolne i niezbyt bezpieczne
okazało się wychodzenie po szreni, przy ciągłej groźbie
lawin, na Świstową Czubę. Zboczami Opalonego dotarli do
Morskiego Oka, gdzie schronisko znów było nieczynne - z powodu
wielkich opadów śniegu gościniec był nieprzejezdny. Utrudzeni
narciarze znaleźli nocleg dopiero w domku dróżnika przy
Wodogrzmotach Mickiewicza, bv nazajutrz przez Gęsią Szyję
wrócić do Zakopanego.
W późniejszych latach odbywał Zaruski emocjonujące,
pionierskie wyprawy zimowe w rejonie Hali Gąsienicowej - w 1910
na Granaty, Granacką Przełęcz i Orlą Basztę z zejściem do
Doliny Pańszczycy z Pościeli Jasińskiego, w 1911 roku dokonał
zimowego przejścia innych fragmentów Orlej Perci - od Zawratu
przez Mały Kozi, Zamarłą Turnię do Koziej Przełęczy,
wejścia na Mały Kościelec oraz szczególnie trudnego
narciarskiego wejścia na Kościelec.
Ta wycieczka, odbyta w towarzystwie Stanisława Zdyba oraz
uczestniczących w kursie narciarskim przewodników
zakopiańskich - Stanisława Gąsienicy Byrcyna, Jędrzeja
Marusarza Jarząbka, Jana Obrochty Bartkowego i Jana Pęksy,
była szeroko komentowanym popisem wspinaczki narciarskiej w
trudnym terenie i wręcz ekwilibrystyki w zjeździe. Wyszedłszy
na Karb od Zielonego Stawu Gąsienicowego dotarli do pierwszego
progu na północnym zboczu Kościelca. Tutaj przewodnicy - z
wyjątkiem Byrcyna debiutanci w sztuce narciarskiej - odpięli
narty i założyli raki. Zaruski i Zdyb zaś znaleźli spadający
przez próg płat śniegu i nim, wciąż na nartach, podążali w
górę. Nad progiem związali się liną i po oraz bardziej
stromych, oblodzonych płytach, ślizgając się na lodowych
progach pięli się zakosami coraz wyżej, nie ustępując w
szybkości postępującym za nimi na rakach przewodnikom. Dobrze
jest w tym momencie uruchomić pamięć - lub wyobraźnię - i
uświadomić sobie stromiznę podszczytowych partii Kościelca,
jak również fakt, iż dawne narty nie miały metalowych
krawędzi ani bezpiecznych wiązań, zaś butami narciarskimi
były albo kute trzewiki turystyczne, albo produkowane przez
górali kapce. Tylko więc pasja narciarska pchała Zaruskiego i
Zdyba na niewygodną wspinaczkę na deskach - propagandowa wymowa
osiągnięcia na nartach honornego szczytu była pewno
najsilniejszym motorem dla tak zagorzałego popularyzatora
narciarstwa, jakim był Mariusz Zaruski.
Mieli jednakże pecha. Kto zna turystyczną drogę na Kościelec
- pamięta, że kilka metrów poniżej szczytu przechodzi się
niewielkim kominkiem - z prawej i z lewej strony strome płyty
utrudniają drogę. W tymże właśnie miejscu
południowo-wschodni wiatr utworzył ogromny nawis. Nie było
rady - trzeba było zdjąć narty, przekopać śnieżną
przewieszkę i kilka ostatnich metrów wspinać się klasyczną
techniką.
Zjeżdżali spod wierzchołka wielkimi zakosami o 50-metrowym
promieniu, ubezpieczając się wzajemnie na 15-metrowej linie,
ześlizgami pokonując zlodowaciałe płyty i progi. Skończyło
się szczęśliwie bez wypadku, a Zaruski tylko raz musiał
rozpaczliwie hamować czekanem.
Może bardziej stosowne do wycieczek narciarskich okazały się
Tatry Zachodnie. Po ich zwykle obłych, pokrytych gruba warstwą
śniegu szczytach wycieczki były mniej ryzykowne, a dostarczały
więcej prawdziwych przyjemności narciarskich. Choć i tu nie
brakło emocji i niebezpieczeństw - choćby podczas pierwszego
zimowego przejścia granią Rohaczów, dokonanego 22 marca 1911
roku, bez nart tym razem, przez Mariusza Zaruskiego w
towarzystwie Henryka Bednarskiego, Józefa Lesieckiego, Leona
Lorii, Stanisława Zdyba i Janusza Żuławskiego, czy też
podczas pierwszego narciarskiego wejścia na oblodzony Błyszcz i
Bystrą 13 kwietnia 1910 roku, dokonanego przez Zaruskiego,
Józefa Borkowskiego, Gustawa Kaleńskiego i Stanisława Zdyba.
W przeciwieństwie do wielu swoich towarzyszy - czołowych
taterników lat przed I wojną - terenem działania Mariusza
Zaruskiego były przede wszystkim Tatry Polskie. Po tamtej,
wówczas węgierskiej, dziś - słowackiej stronie, bywał
rzadziej i z nielicznymi wyjątkami (Rohacze, Szyndlowiec,
Osobita, Bystra w Tatrach Zachodnich - pierwsze wejścia zimowe
lub narciarskie, Skrajna Baszta, Grań Hrubego, Jaworowy Szczyt,
Ostry Szczyt - drogi częściowo nowe) nie dokonał tam
większych osiągnięć. O ile wiadomo - nie bywał w Tatrach
Bielskich.
O wszechstronności jego działalności turystycznej świadczą
wszakże zestawienia najważniejszych wycieczek członków Sekcji
Turystycznej Towarzystwa Tatrzańskiego, publikowane w organie
Sekcji - czasopiśmie "Taternik". Przykładowo w r.
1909 Zaruski zwiedził - według jego własnej relacji -
następujące trasy, szczyty i przełęcze (litera n oznacza
wejście na nartach) : Czarny Staw Gąsienicowy (n), Przysłop
Miętusi (n), Hala Gąsienicowa (n), zbocza Żółtej Turni (n),
Przełęcz na Patykach (n), Kamienista (n), Beskid (n), Kasprowy
Wierch (n) - Pośredni Goryczkowy (n), Zawrat - Świstówka,
Niżnie Rysy, Wrota Chałubińskiego - Liliowe, Kościelec,
Przełęcz Mylna od Czarnego Stawu, Zawratowa Turnia - Gładka
Przełęcz - Zawory, Grań Hrubego, Hruby Wierch, Żabi Koń,
Rysy, Zawrat - Świstówka, Rohatka, Rówienkowa Turnia, Ostry
Szczyt Rysą H[MP1]äberleina, Lodowa Przełęcz, Lodowa
Przełęcz - Jaworowy Szczyt, Staroleśna Szczerbina - grań
Staroleśnej, Rohatka, Lodowa Przełęcz, Sławkowski Szczyt,
Mały Lodowy Szczyt, Mały Jaworowy Szczyt - Jaworowe Turnie,
Rohatka, Zamarła Turnia, Uhrocie Kasprowe, Wierch Pod Fajki,
Wrótka (n), Czarny Staw Gąsienicowy (n).
Jedynymi wyprawami górskimi Zaruskiego w inny niż tatrzański
rejon (pominąwszy pierwsze próby wspinaczkowe w północnej
Norwegii ) były narciarskie wycieczki odbyte 2-4 stycznia 1910
roku na Babią Górę w towarzystwie członków zakopiańskiego
Oddziału Narciarzy i Karpackiego Towarzystwa Narciarzy oraz
wycieczka w Gorce, podjęta w kilkudziesięcioosobowym gronie
członków Sekcji Narciarskiej Towarzystwa Tatrzańskiego,
krakowskiego AZS-u i uczniów nowotarskiego gimnazjum 18 stycznia
1914 roku, kiedy to odkrył zalety Turbacza i zachwycał się
8-kilometrowym zjazdem ze szczytu do przedmieść Nowego Targu.
Innym wyrazem wszechstronności tatrzańskiej Zaruskiego był w
lipcu 1912 roku jego udział w... nakręcaniu pierwszego filmu
taternickiego: przed operatorem francuskiej firmy Pathé
prezentował, w gronie najlepszych zakopiańskich taterników,
emocje wspinaczki w rejonie Orlej Perci. Film ten, przy którym
konsultantem był Wiktor Biegański, nie był, o ile wiadomo, w
Polsce wyświetlany.
W Tatrach wchodził na najwyższe szczyty i przełęcze, by
zachwycać się trudami walki z potężnym przeciwnikiem, a
nagrodą w walce była satysfakcja z pokonania trudności,
piękne widoki ze szczytu i, zapewne, uznanie dla pionierskich
osiągnięć.
Jednakże dusza zdobywcy nowych dróg - a miał ją Zaruski na
pewno - kierowała go także w niemal dziewicze Tatry podziemne.
W podejmowanych przezeń badaniach jaskiniowych zapewne właśnie
motyw odkrywczy miał pierwszorzędne znaczenie. Po pionierze
tatrzańskiej speleologii, za jakiego słusznie uchodzi Seweryn
Goszczyński, który już w 183? roku zwiedzał Jaskinię Wodną
pod Pisaną, po Janie Gwalbercie Pawlikowskim, który w 1885 roku
zwiedzał i opisał jaskinie Doliny Kościeliskiej i jej
najbliższego sąsiedztwa - badania tego typu ograniczały się w
zasadzie do Magurskiej Jaskini. Bodaj Maksymilian Nowicki,
wybitny polski przyrodnik i współautor galicyjskiej ustawy o
ochronie tatrzańskich kozic i świstaków - jako pierwszy
odkrył w niej w 1866 roku kości niedźwiedzi jaskiniowych. W
późniejszych latach usiłowano kompletować całe szkielety
niedźwiedzi z epoki lodowej, a także znajdowano kości
jaskiniowego lwa i zwierząt z epoki holoceńskiej (łosia,
wilka, kozicy). Sensację wywołali w 1902 roku badacz historii
Tatr Stanisław Eljasz-Radzikowski, geolog Ferdynand Rabowski i
Stanisław Witkiewicz z synem ogłaszając, że odnalezione przez
nich Magurskiej Jaskini kości niedźwiedzia noszą wyraźne
ślady obróbki ludzką ręką, są zatem prymitywnymi
narzędziami lub amuletami prehistorycznego człowieka. A więc -
utrzymywano - w Tatrach mieszkali pierwotni ludzie. Relikwie
epoki lodowcowej złożono w Muzeum Tatrzańskim, a geolog
Mieczysław Limanowski umieścił tamże na wystawie gustowny
wizerunek pitekantropa - przodka współczesnego człowieka.
Ostro zaprotestowała przeciwko takiej herezji Rada Parafialna i
kierownictwo muzeum zostało zmuszone do usunięcia szkarady, o
której mówiono, że jest to być może przodek Limanowskiego i
Witkiewicza, ale z pewnością nie ma z nią nic wspólnego
żaden szanujący się obywatel zakopiański, a zwłaszcza
członek Rady Gminnej i Parafialnej. Wkrótce zresztą okazało
się, iż rzekome narzędzia i amulety przodków to zwyczajne
kości, uszkodzone tylko przez czas, naturę i choroby zwierząt.
Wzbudzone przejściowo zainteresowanie tatrzańskimi jaskiniami
wkrótce znów zanika. I dopiero Mariusz Zaruski w 1907 roku
rozpoczyna na nowo dzieje polskiej speleologii. Ponieważ zaś
jest jednocześnie pierwszym, który w eksploracji jaskiń
używał sprzętu wspinaczkowego - możemy uważać go za
pioniera taternictwa jaskiniowego.
On także rozpoczął swą działalność speleologiczną od
badania Magurskiej Jaskini, w której, wspólnie m.in. z
wybitnym, przedwcześnie zmarłym geologiem Władysławem
Pawlicą, dokonywał w sierpniu i wrześniu 1907 roku zbioru
kości niedźwiedzia jaskiniowego. Szczątki te wzbogaciły
kolekcję Muzeum Tatrzańskiego.
Zaruski szczególnie interesował się Giewontem. Tę
symboliczną dla Zakopanego górę schodził wzdłuż i wszerz,
dokładnie opisał dwanaście wiodących na nią dróg i ich
różnorodnych wariantów. Niektóre z nich sam odkrył lub
wytyczył - w tym jedną z dwóch najpopularniejszych dziś,
prowadzącą (za czerwonymi znakami) z Doliny Strążyskiej przez
Przełęcz w Grzybowcu, Bacuch, stokami Małego Giewontu, przez
Siodło na Przełęcz Kondracką Wyżnią. 30 sierpnia 1907 roku
wraz z Aleksandrem Znamięckim, Bronisławem Romaniszynem i
przewodnikiem Stanisławem Gąsienicą-Byrcynem zwiedził na
północnych stokach Giewontu dobrze zresztą widoczną z
niektórych miejsc Zakopanego Jaskinię Juhaską, nazwaną tak
przezeń z tego powodu, że u wejścia do niej w 1886 roku zabił
się 9-letni juhas, Józef Chadowski. Notabene, według
parafialnej księgi zgonów, jest to pierwsza odnotowana w
dokumentach śmiertelna ofiara słynnego z wypadków Giewontu.
W następnych latach Zaruski odkrył jeszcze trzy inne groty w
północnej ścianie Giewontu. W zasadzie do wszystkich z nich
znakomicie pasuje gwarowa nazwa każdej jaskini - dziura. Są to
bowiem zwykle kilkumetrowe zaledwie zagłębienia, wymyte w
spękanym wapieniu przez wodę lub utworzone przez pęknięcie
tektoniczne górotworu. Jedynie Juhaska Jaskinia ma większą
komorę.
W 1912 roku, w trakcie przeszukiwania masywu Czerwonych Wierchów
podczas wypraw ratunkowych TOPR, odkrył Zaruski kilka
niewielkich jaskiń w stoku Małołączniaka od północy i
Krzesanicy - zarówno od północy, jak i od południa. Uszła
natomiast jego uwadze zwiedzana już w latach 80. ubiegłego
wieku przez Jana Gwalberta Pawlikowskiego Lodowa Jaskinia w
Ciemniaku, ale Zaruski pierwszy zwrócił uwagę na sprzyjającą
powstawaniu jaskiń budowę Czerwonych Wierchów. U progu lat 60.
XX w. tam właśnie odkryto największą i najgłębszą z
tatrzańskich jaskiń - Wielką Śnieżną, a także Wielką
Litworową, Lodową Litworową, Ptasią Studnię i inne,
mniejsze.
W późniejszych latach Zaruski zwiedzał także jaskinie w
Dolinie Kasprowej - w Jaworzyńskich Turniach i znaną już
wcześniej Jaskinię Kasprową.
Jego badania, nowoczesna technika eksploracji, a niemniej ciekawe
opisy, w dużej mierze przyczyniły się do spopularyzowania
speleologii, która tak szeroko rozwinęła się w latach
późniejszych, głównie za sprawą zakopiańskich grotołazów
Stefana i Tadeusza Zwolińskich. Dziś polskie taternictwo
jaskiniowe należy do najbardziej liczących się na świecie -
mało wszakże pamięta się o pionierskiej w tej dziedzinie roli
Zaruskiego.
Najczęściej bowiem jego nazwisko wiąże się z trzema
dziedzinami działalności tatrzańskiej - narciarstwem,
taternictwem i ratownictwem.