Zaruski z odziałem TOPRTOPR - żywy pomnik Zaruskiego

Samo istnienie gór jest wystarczającą przyczyną tego, że ludzie wchodzą na najwyższe szczyty i pokonują najbardziej niedostępne ściany. Obcowanie z naturą i groźnymi żywiołami niesie ze sobą dla człowieka zagrożenie życia. Wypadki zdarzały się w górach zawsze od czasów, gdy wkroczył w nie człowiek i będą zdarzać się dotąd, dopóki będą w nie chodzić ludzie. Będzie ich tym więcej, im większy będzie ruch turystyczny, im więcej osób zdobędzie taternickie ostrogi.
Śmierć w górach bywa wzniosła i heroiczna. Bywa także najbardziej okrutna z możliwych - gdy człowiek umiera długie godziny, nawet dnie, w pięknej scenerii, przy pięknej pogodzie, widząc w dolinach - tak niedaleko, wydawałoby się - ludzkie siedziby, słysząc radosny śmiech przechodzących opodal turystów - a nie mogąc samemu poruszyć się z powodu chociażby złamania nogi czy nie mogąc zawołać o ratunek...
Wypadki zdarzały się i będą się zdarzać. Nie można jednak nie przeciwdziałać im, nie starać się nieść pomocy rannym i zagubionym. Dobrze rozumiał to Mariusz Zaruski, do którego, jako doświadczonego turysty i mieszkającego stale w Zakopanem członka Wydziału czyli zarządu Towarzystwa Tatrzańskiego zwracali się niejednokrotnie o pomoc członkowie rodzin i współtowarzysze tych, którzy w górach ulegli wypadkowi czy zaginęli.
Pierwszym, bezpośrednim bodźcem, który skłonił Zaruskiego do podniesienia na forum publicznym konieczności zorganizowania towarzystwa ratunkowego, był wypadek, jakiemu 3 lipca 1907 roku ulegli na Świnicy dwaj Niemcy, porucznicy artylerii z Erfurtu - Günter Schönberg i Bernard Spiss. Przy schodzeniu Schönberg pośliznął się na wilgotnej płycie i zabił się. Jego towarzysz zaalarmował okolicznych juhasów, którzy znieśli zwłoki do Zakopanego.
Opis wypadku, zamieszczony przez Zaruskiego w "Taterniku" dał asumpt felietoniście tego pisma, podpisującemu się A. Rogala, do zaapelowania o zaopatrzenie schronisk w sprzęt ratowniczy i stworzenie ochotniczego towarzystwa ratunkowego.
8 sierpnia 1907 roku w Dworcu Tatrzańskun w Zakopanem odbyło się V zwyczajne Ogólne Zgromadzenie członków Sekcji Turystycznej Towarzystwa Tatrzańskiego. W protokole ze zgromadzenia czytamy: P. Zaruski podnosi sprawę pogotowia ratunkowego dla wypadków w górach. Po dyskusji, w której zabierają głos p.p. Łopuszański, Dr Panek, Klemensiewicz, Kordys, Białkowski, Dr Krygowski, uchwalano na wniosek p. Zaruskiego polecić Zarządowi wygotowanie przez zimę odpowiedniego planu i zwrócenie się z nim do Wydziału TT.
W następnym roku Zaruski wypracował koncepcję organizacyjną, która w przyszłości legła u podstaw TOPR i z niewielkimi zmianami przetrwała do dziś. Musiałaby to być, jego zdaniem, organizacja społeczna, związana z Towarzystwem Tatrzańskim jako jego osobny oddział. Na poparcie czynników oficjalnych według Zaruskiego nie ma co liczyć: Nie łudźmy się nadzieją, że kiedyś gmina Zakopanego, zaprowadziwszy "elektrykę" i kanalizację, zabierze się do tej sprawy: gmina, jak gmina, nie ma pieniędzy, a jeśli będzie posiadała wolne fundusze, to postawi krzyż na Świnicy; Komisja klimatyczna myśli o klimacie i o zdrowiu gości przyjezdnych; Namiestnictwo też nie potrzebuje długo się oglądać dla lokacji swoich funduszów. Pozostaje samopomoc ogółu i na nią też głównie liczyć powinniśmy. [...]
W skład tego oddziału powinni wejść przewodnicy miejscowi, którzy by przez to obowiązani byli spieszyć z pomocą bez zapłaty za swe zasługi za potrąceniem tylko kosztów utrzymania podczas wyprawy; byłoby to dla nich szkołą uczuć obywatelskich i ludzkich, których brak dziś jeszcze często u nich uczuć się daje. Obowiązek niesienia pomocy w ten lub inny sposób ciąży by zresztą na wszystkich członkach oddziału; ostatecznie, rzecz prosta, akcja ratunkowa musiałaby się oprzeć o miejscowych taterników i przewodników.

Przez cały rok 1908 publikuje Zaruski wiele artykułów i apeli o poparcie idei Pogotowia, o szczodrobliwość społeczną. Niemal w każdym numerze czasopisma "Zakopane", w redagowanym przez siebie dziale tatrzańskim, powraca do sprawy Pogotowia i relacjonuje aktualny jej stan. Coraz częściej też jest już wzywany do organizowania wypraw ratunkowych, w których pomagają mu przewodnicy góralscy i zamieszkali w Zakopanem turyści, głównie członkowie Oddziału Narciarskiego. Najaktywniejszym pomocnikiem Zaruskiego w organizacji Pogotowia stał się w tym okresie Mieczysław Karłowicz.
Mieczysław KarłowiczZ początkiem 1909 roku postanowiono zaapelować do społeczeństwa o stworzenie funduszu dla Pogotowia na dokonanie zakupów niezbędnego sprzętu ratunkowego. Redagowaniu tej odezwy poświęcone było w dużej części ostatnie spotkanie Zaruskiego z Karłowiczem w dniu 7 lutego 1909 r.
10 lutego Zaruski organizował, spośród przyszłych członków Pogotowia, wyprawę poszukiwawczą, która nazajutrz odnalazła ciało Karłowicza, współorganizatora TOPR. I choć pierwszą wyprawę pod firmą Tatrzańskiego Ochotniczego Pogotowia Ratunkowego zorganizowano dopiero w czerwcu tego roku - ekspedycję po Karłowicza uważać należy za początek działania TOPR-u.
Formalnie zabrakło więc podpisu kompozytora na odezwie do społeczeństwa w sprawie powołania Pogotowia. Faktycznie i moralnie jest on jej współautorem.
Ukazała się ona w kilku pismach w marcu 1909 roku:
Liczne w ostatnich latach przygody i wypadki w Tatrach, niejednokrotnie kończące się śmiercią, zmuszają wszystkich szczerych zwolenników Tatr i taternictwa do zastanowienia się nad środkami - jeżeli już nie zapobieżenia złemu, to przynajmniej niesienia szybkiej, a skutecznej pomocy poszkodowanemu.
Nie podejmujemy się tutaj oceny samego faktu: taternictwo w ciągu trzydziestu kilku lat swego istnienia dojrzało o tyle, o tyle ogółowi stało się przystępniejsze, że nieszczęśliwe wypadki w Tatrach zaliczane być mogą dzisiaj do normalnych zjawisk społecznych.
Dlatego właśnie musimy stworzyć instytucję - na wzór ochotniczych straży ogniowych, pogotowia ratunkowego w miastach itp., która by w każdej chwili gotowa była nieść pomoc potrzebującym jej w Tatrach.
Doświadczonych taterników i przewodników sumiennych, którzy stanowić będą kadry ochotnicze i zobowiążą się na każde wezwanie czynną nieść pomoc w górach, nie zbraknie. Przechodzi wszakże siły jednostek zaopatrzyć instytucję w niezbędne, a drogie stosunkowo ratunkowe przybory, jak: nosze, lornety, liny, apteczki itp. i zorganizować stałą straż bezpieczeństwa.
Zwracamy się tedy [...] do szerokiego ogółu przyjaciół Tatr i Zakopanego z gorącą prośbą o poparcie sprawy i składanie datków pieniężnych na rzecz stałego Tatrzańskiego Pogotowia Ratunkowego z siedzibą w Zakopanem.
Ofiary prosimy nadsyłać pod adresem Towarzystwa Tatrzańskiego Kraków, ul. Kolejowa l. 4, gdzie będą one złożone do czasu, gdy pogotowie ukonstytuuje się ostatecznie i obejmie w posiadanie fundusze.

Odezwę podpisali zamieszkali w Zakopanem członkowie Towarzystwa Tatrzańskiego: Mariusz Zaruski, Stanisław Barabasz, Jan Tarczałowicz, Ksenofont Celewicz, Józef Laska, Jan Dworski, Józef Skotnica, Władysław Sloczylas, Ferdynand Tabeau, Michał Lany, Włodzimierz Tchórzewski, Zdzisław Czaplicki, Józef Żychoń, Romuald Kulig, Andrzej Góraś, Wincenty Szymborski, Kazimierz Brzozowski, Alfred Pilecki, Józef Jaworski, Antoni Winczewski.
Bezpośrednio po tragicznej śmierci Karłowicza, 16 lutego 1909 roku lekarz klimatyczny dr Józef Żychoń zgłosił na posiedzeniu Komisji Klimatycznej nagły wniosek, w którym omówiwszy przebieg wypadku i akcji ratowniczej pod Kościelcem, zażądał od Komisji rozpoczęcia akcji dla utworzenia stałego pogotowia górskiego. "Klimatyka" przeznaczyła na ten cel 300 koron z funduszów nadzwyczajnych, a jej przewodniczący - inspektor Władysław Janowicz stanął na czele komitetu organizacyjnego. Na kilku zebraniach do 30 kwietnia opracowano statut, przesłany następnie do zatwierdzenia przez Namiestnictwo Galicji.
30 maja 1909 roku wyruszył od Popradzkiegu Stawu na polską stronę dr Ernest Weiss, profesor gimnazjalny z Królewskiej Huty. Wyruszył - i ślad po nim zaginął. Rodzina po tygodniu zwróciła się do Zaruskiego z prośbą o zorganizowanie poszukiwań. W tej pierwszej oficjalnej wyprawie Tatrzańskiego Ochotniczego Pogotowia Ratunkowego wzięli udział Klemens Bachleda, Kazimierz Brzozowski, Stanisław Gąsienica Byrcyn, Jędrzej Marusarz Jarząbek, Jan Pęksa, Szymon Tatar młodszy, Wojciech Tylka Suleja, Jakub Wawrytko Krzeptowski, Mariusz Zaruski i Stanisław Zdyb.
Poszukiwania prowadzono do 10 czerwca. Spenetrowano cały rejon Morskiego Oka, Rysów, Wysokiej, Żelaznych Wrót, górne piętra Doliny Białej Wody i Doliny Mięguszowieckiej oraz Doliny Złomisk - bez skutku. Poszukiwany zaginął bez śladu i w kronikach Pogotowia pierwszy zapis zawierał adnotację o negatywnym wyniku wyprawy.
Dopiero 4 lata później, zupełnie przypadkowo, odkryto szczątki Weissa, dosłownie o kilkanaście kroków od popularnej ścieżki turystycznej prowadzącej od Popradzkiego Stawu na Rysy. Siedział, oparty kamień w bezpiecznym zupełnie miejscu, jakby chciał dokładnie zapoznać się z rozciągającą się naprzeciw panoramą grani Baszt... Najprawdopodobniej poczuł się słabo, zszedł ze ścieżki, by odpocząć nikomu nie przeszkadzając i zmarł na serce.
11 grudnia 1909 roku odbyło się w Dworcu Tatrzańskim pierwsze Walne Zgromadzenie Tatrzańskiego Ochotniczego Pogotowia Ratunkowego. Po przyjęciu do wiadomości zatwierdzonego już przez władze administracyjne statutu, dokonano wyboru władz stowarzyszenia społecznego, jakim w istocie był TOPR: prezesem został dr Kazimierz Dłuski, założyciel i naczelny lekarz pierwszego na ziemiach polskich nowocześnie urządzonego sanatorium przeciwgruźliczego w Kościelisku, wiceprezesami inspektor klimatyczny Władysław Janowicz i dyrektor Szkoły Przemysłu Drzewnego Stanisław Barabasz, a członkami pierwszego zarządu TOPR wybrano Marię Kulczycką, Floriana Grużewskiego, dra Wacława Kraszewskiego i Kazimierza Brzozowskiego. Przez aklamację Naczelnikiem Straży Ratunkowej - czyli formacji zrzeszającej członków czynnych, tych, którzy byli zobowiązani bezpośrednio uczestniczyć w akcjach - wybrano Mariusza Zaruskiego, zaś jego zastępcą - Klemensa Bachledę. Poza nimi ślubowanie gotowości uczestniczenia w wyprawach ratunkowych bez względu na porę roku, dnia i stan pogody złożyli przewodnik Stanisław Gąsienica Byrcyn, Józef Gąsienica Tomków, Jędrzej Marusarz Jarząbek, Jan Pęksa, Szymon Tatar młodszy, Wojciech Tylka Suleja i Jakub Wawrytko Krzeptowski oraz taternicy Józef Lesiecki i Stanisław Zdyb.
Członkowie Straży uczestniczący w wyprawach zostali ubezpieczeni na życie, ponadto ze składek członków i funduszu utworzonego z datków społecznych zakupiono niezbędny sprzęt ratunkowy. Na wniosek Zaruskiego zarząd TOPR-u uzyskał zgodę rodziny Uznańskich, właścicieli Kopy Magury, na ustawienie na jej wierzchołku masztu sygnalizacyjnego. W razie wypadku w tym rejonie dzierżawca schroniska na Hali Gąsienicowej miał na nim wywieszać flagę. Dyżurny zakopiańskiej Straży Ogniowej został zobowiązany do obserwowania Kopy i zawiadamiania TOPR-u w razie pojawienia się sygnału alarmowego.
W pierwszym roku istnienia Pogotowia zdarzyło się w Tatrach 16 wypadków, w których 3 osoby poniosły śmierć. Straż Ratunkowa wzywana była 7 razy. Wśród członków czynnych TOPR zaprowadził Zaruski wojskową dyscyplinę. Jej przestrzeganie - poza, oczywiście, samymi umiejętnościami ratowników i wyposażeniem technicznym - było warunkiem skutecznego i bezpiecznego prowadzenia akcji ratunkowych. Naczelnik Straży opracował i w licznych publikacjach upowszechnił zasady działania Pogotowia i metody jego wzywania. W myśl jego wskazań do dziś, gdy zdarzy się nieszczęście - wołamy w górach o pomoc sześć razy na minutę; spiesząc, by jej udzielić, sygnalizujemy trzy razy na minutę. Za jego sprawą na domach, gdzie mieszkali członkowie kierownictwa TOPR-u i na Dworcu Tatrzańskim, gdzie była siedziba Pogotowia - umieszczono tablice z godłem TOPR-u - niebieskim krzyżem na białym polu.
Kierowana przez Zaruskiego Straż Ratunkowa wkrótce stała się symbolem ofiarności i poświęcenia. Jej członkowie ściśle przestrzegali ślubowania, w którym każdy z nich zobowiązywał się słowem honoru: póki zdrów jestem, na każde wezwanie Naczelnika lub jego zastępcy, bez względu na porę roku, dnia i stan pogody, stawię się w oznaczonym miejscu i godzinie, odpowiednio do wyprawy zaopatrzony i udam się w góry według marszruty i wskazówek Naczelnika lub jego zastępcy w celu szukania zaginionego i niesienia mu pomocy. Postanowienia statutu i regulaminu dla członków czynnych będę wykonywał ściśle, jak również rozkazy Naczelnika lub jego zastępcy i kierowników oddziałów, obowiązki swe pełnił będę sumiennie i gorliwie, pamiętając, że od mego postępowania zależnym być może życie ludzkie.
Ratownicy nie szczędzili więc wysiłków, czasu i zdrowia. Niekiedy - życia.
Tragedia na Małym Jaworowym Szczycie, w której stracił życie "król przewodników tatrzańskich" - Klimek Bachleda, jest znana i była wielokrotnie opisywana, ale jej dramatyczne szczegóły często przysłaniają istotę sprawy. Wyprawa w sierpniu 1910 roku była jedną z najcięższych w historii Pogotowia, a jej ponury efekt stał się dla Mariusza Zaruskiego kolejnym po śmierci Karłowicza osobistym dramatem. Z trzech powodów: nie zdołano w porę dotrzeć do rannego taternika, który zmarł o niespełna 100 metrów od Naczelnika Straży; w trakcie akcji zginął bliski współpracownik i zastępca Zaruskiego, najdzielniejszy i najsprawniejszy z ratowników; po akcji różni ludzie złej woli i ignoranci oskarżali Zaruskiego o zaniedbanie obowiązków i w konsekwencji o spowodowanie śmierci Klimka.
Przypomnijmy główne fakty: 5 sierpnia 1910 roku, podczas wspinaczki nie zdobytą jeszcze wówczas północna ściana Małego Jaworowego Szczytu, odpadł jeden z dwóch wspinających się taterników Jan Jarzyna, pociągając asekurującego Stanisława Szulakiewicza. Spadając, zawiśli na linie po dwóch stronach żebra skalnego. Jarzyna potłuczony i pokrwawiony, ale mogący się poruszać, zaś Szulakiewicz bez widocznych ran, ale najprawdopodobniej z uszkodzonym kręgosłupem, nie mogący zrobić kroku. Jarzyna przymocował współtowarzysza do ściany liną, ułożywszy go na wygodnej półce zostawił mu zapas żywności i zszedł z trudem w dolinę, a następnie z Morskiego Oka wezwał telefonicznie Pogotowie.
6 sierpnia rozpoczął akcję oddział ratunkowy, w skład którego wchodzili Klemens Bachleda, Henryk Bednarski, Paweł Kittay, Józef Lesiecki, Mariusz Zaruski i Stanisław Zdyb. W Jaworzynie Spiskiej przyłączyli się c nich ochotnicy: Wanda Jereminówna, Zygmunt Klemensiewicz, Roman Kordys i Aleksander Znamięcki. W późniejszych fazach wyprawy dołączali się inni jeszcze członkowie TOPR, przewodnicy góralscy i taternicy.
Tego dnia nastąpiło gwałtowne załamanie pogody. Padał deszcz ze śniegiem, chwilami grad, niski pułap chmur okrywał wszystko wilgotną mgłą, ograniczając widoczność do kilku metrów. Z każdego żlebu leciały potoki lodowatej wody, co chwilę z wielkim hukiem spadały kamienie. Zrobiło się przejmująco zimna, zgrabiałe ręce nie czuły chwytów, drżące mięśnie nóg nie utrzymywały dygocącego ciała. Ratownicy wśród deszczu i wiatru słyszeli niosący się od górnych półek podszczytowych coraz cichszy jęk Szulakiewicza.
Szli, związani jedną liną: Klimek, Zaruski i Zdyb. Za nimi, w drugim zespole - Kordys i Znamięcki. Pozostali, którzy poszli inaczej, trafiwszy na zbyt trudny teren i przewieszone płyty, wrócili.
Coraz bliżej była turnia szczytowa, coraz bliżej miejsce katastrofy. Ale też coraz szybciej tracili siły. Zaczęła pojawiać się śpiączka, majaki i najgroźniejszy wróg zmęczonych taterników - obojętność na niebezpieczeństwo.
Klimek, który jeszcze wcześniej odwiązał się z liny, pierwszy ocknął się z letargu, w jaki popadli wszyscy trzej i wspiął się na żeberko oddzielające upłaz, na którym stali, od żleby prowadzącego na grań. Chciał widać w nim szukać dogodniejszej drogi do dalszej wspinaczki - tak przynajmniej zrozumiano z jego gestu. Porozumiewano się właśnie głównie gestami, gdyż mięśnie twarzy zesztywniały od zimna. Zaruski ze Zdybem, według wcześniejszych wskazówek Jarzyny, poszli w lewo - wkrótce jednak siły opuściły ich zupełnie. Zaruski zarządził odwrót. Zatrzymali się z powrotem na upłazie, gdzie przedtem odpoczywali. Czekali chwilę, Klimek nadal wspinał się na żeberko. Wreszcie Zaruski głośno zawołał, wzywając Klimka do powrotu. Ten uspokajająco machnął ręką, wskazując na rozpościerający się u jego stóp żleb, jakby nim właśnie zamierzał dalej pójść. Raz jeszcze Naczelnik wezwał go do powrotu. Klimek ponownie dał znak ręką i zniknął za żeberkiem.
Klimek Bachleda, fot. M.KarłowiczPo chwili w piekielnym łoskocie rozwalających się o siebie głazów żlebem poszła ogromna lawina kamienna. W huku i zapachu siarki rzuciła się na "tatrzańskiego orła" tatrzańska śmierć, masakrując jego ciało podczas 200-metrowego upadku.
O tym jednak członkowie Pogotowia przekonali się dopiero po tygodniu, gdy w niedostępnym i niewidocznym miejscu żlebu odnaleziono zwłoki najdzielniejszego z przewodników tatrzańskich.
Początkowo nikt nie przypuszczał nawet, że Klimek mógł zginąć. Sądzono, że jak zawsze w najtrudniejszych miejscach wypatrzył jedyną dobrą drogę i przeszedłszy na południową stronę grani wróci wnet do reszty uczestników wyprawy.
Trzeciego dnia akcji odnaleziono zwłoki Szulakiewicza. Zginął z zimna i uszkodzenia kręgosłupa. Akcja poszukiwania Klimka Bachledy trwała dalej, do członków TOPR-u dołączali się coraz to nowi ochotnicy. Uczestniczący w tej fazie akcji członek Straży Ratunkowej, pisarz i taternik Jerzy Żuławski wspominał:
Znaleziono ciało Szulakiewicza; za Klimkiem wciąż jeszcze bezskutecznie szukano, łudząc się czasem zawodną nadzieją, że może udało mu się przejść grań i inną drogą powrócił do Zakopanego... Członkowie Pogotowia i ochotnicy padali już ze znużenia do dalszej pracy nie zdolni, zastępowano ich wtedy nowymi siłami; od pierwszej chwili do ostatka wytrwał tylko jeden człowiek, iście żelazny, Mariusz Zaruski...
Naczelnik Pogotowia długo potem jeszcze rozpatrywał okoliczności i przyczyny tragedii. Oczywistą sprawą było to, że głównym wrogiem ratowników stała się niepogoda i nieludzkie zmęczenie: Uczestnicy wyprawy byli już silnie spracowani i przemokli do nitki, czołgając się ustawicznie na deszczu po ociekających wodą skałach lub w potokach spadających żlebami; dygotali z zimna na całym ciele; złudzenia zmysłów i halucynacje zaczęły nas stopniowo ogarniać. Klimek miał serdak na sobie, reszta nie miała nic cieplejszego z ubrania. Wspominam o tym dlatego, że to lepsze zaopatrzenie się w odzież Klimka było pośrednim powodem jego śmierci. Gdyby bowiem nie miał serdaka, fizyczne wyczerpanie sił, spowodowane bezsennością i pracą, a jeszcze bardziej nieustanną lodowatą kąpielą, byłoby go dalej nie puściło pomimo najgorętszych chęci i poczucia obowiązku, jak nie puściło reszty uczestników.
Tragedia na północnej ścianie Małego Jaworowego poruszyła opinię publiczną w Zakopanem i całej Galicji. Dyskutowano zawzięcie, krytykowano Zaruskiego, całe Pogotowie i poszczególnych ratowników, doszukiwano się osobistych animozji w postępowaniu Straży Ratunkowej. Nie wiadomo, co bardziej irytowało: ignorancja dyskutantów czy bezczelność insynuacji. Krakowska "Nowa Reforma" posunęła się nawet do tego, że w - anonimowej oczywiście - korespondencji z Zakopanego powtórzyła plotkę, jakoby od dawna stosunki między Klimkiem a Zaruskim były napięte i ten w ów fatalny dzień specjalnie posłał swego zastępcę na pewną śmierć. Zakopiański i turystyczny światek, z którym Zaruski nie zawsze był w przyjaźni, rozkładał po faryzeuszowsku ręce i mówił: "Nie, to chyba niemożliwe! Chociaż... coś tam musiało być!"
Zaruski zażądał przeprowadzenia śledztwa. Powołano trzyosobową komisję (Marian Smoluchowski, Antoni Kuczewski i Władysław Kulczyński), która po przesłuchaniu wszystkich uczestników wyprawy i zbadaniu warunków, w jakich się ona odbywała, nie znalazła żadnych uchybień w działaniu Naczelnika i innych ratowników.
Akcja, trwająca od 5 do 16 sierpnia 1910 roku do dziś jest opisywana w rozmaitych czasopismach i książkach i służy do wyciągania mniej czy bardziej uprawnionych wniosków Autorzy nie zawsze fatygują się zapoznać z podstawowymi faktami: pisano nawet stosunkowo niedawno, że co prawda Klimek zginął, ale dzięki temu uratowano Szulakiewicza! Tragedia na Małym Jaworowym trafiła też do literatury i została w mniej czy bardziej dyskusyjny sposób opisana m.in. przez Jalu Kurka w Księdze Tatr i Józefa Kapeniaka w Rodzie Gąsieniców, w Tragediach Tatrzańskich Wawrzyńca Żuławskiego i Wołaniu w górach Michała Jagiełły. Najbardziej kompetentny opis tej i innych wypraw Tatrzańskiego Ochotniczego Pogotowia Ratunkowego, znajdzie Czytelnik w publikacji samego Zaruskiego Tatrzańskie Ochotnicze Pogotowie Ratunkowe z 1922 roku, stanowiącym następnie część III wydania książki Zaruskiego Na bezdrożach tatrzańskich, opracowanego przez W.H.Paryskiego w 1958 roku.
W 1913 roku TOPR nawiązało bezpośrednie stosunki z międzynarodową społecznością ratowników: Mariusz Zaruski i Leon Loria reprezentowali wówczas zakopiańską organizację na II Międzynarodowym Kongresie Ratownictwa i Zapobiegania Nieszczęśliwym wypdakom, który odbył się w Wiedniu w dniach 8-13 września tego roku, gdzie Zaruski wygłosił referat o ratownictwie w Tatrach Polskich.
W latach międzywojennych, po wyjeździe Zaruskiego z Zakopanego, wieloletnim Naczelnikiem Tatrzańskiego Ochotniczego Pogotowia Ratunkowego był uczestnik wcześniejszych wypraw, świetny narciarz, działacz Sekcji Narciarskiej TT, przy tym znakomity fotograf - Józef Oppenheim. Zaruski zaś w 1930 roku został mianowany honorowym prezesem i naczelnikiem TOPR-u, któremu patronował aż do wybuchu II wojny, współuczestnicząc w modernizacji statutu i regulaminu Pogotowia oraz popularyzując jego cele i osiągnięcia w licznych publikacjach.

Spis treści   Dalej